Podróż dookoła świata

Angkor Wat czas pożegnać

Kompleks Angor Wat. Świątynia Bakong.
Kompleks Angor Wat. Świątynia Bakong.
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

19.01

Nieuchronnie zbliżał się koniec naszego zwiedzania Angkor Wat. Na dzisiaj mieliśmy zaplanowane tylko trzy świątynie. Tak zwana grupa Roluos oddalona była od Siem Reap o około 13km. W związku z tym w końcu udało nam się później wstać. Później czyt. około 7mej rano. Dzięki temu też po raz pierwszy załapaliśmy się na świeże owoce przy śniadaniu.  O ósmej razem z naszym panem tuk-tukiem pojechaliśmy zwiedzać. Już w pierwszym miejscu, koło świątyni Bekang natrafiliśmy na autokar z chińskimi turystami. Po chwili ustaliliśmy, że to nie jeden autokar, a… trzy. Ciężko było nie wchodzić sobie w drogę. Niestety ta wycieczka ciągnęła się za nami po wszystkich następnych miejscach. Szczerze powiedziawszy to nawet nie mieliśmy im za złe tego śledzenia naszych kroków. Trzeciego dnia w Angkor Wat mieliśmy już deja-vu. Wydawało nam się, że już to wszystko gdzieś widzieliśmy. Bekang i Preah Ko definitywnie zlały nam się w jedno. Lolei natomiast zapadła w pamięci z dwóch powodów. Po pierwsze – rusztowania pokrywały całą fasadę świątyni, a wstęp był wzbroniony. Nie mamy więc bladego pojęcia jak wyglądała. A po drugie, to niedaleko rosło sobie drzewo. A to drzewo miało owoc. Dziwny taki. Zaczęliśmy się mu przyglądać. Bacznie. Po chwili podszedł do nas mnich. Oczywiście dowiedzieliśmy się, że patrzymy na dżakfruta (tak, tak to jest polska pisownia – skoro jest grejpfrut to może być i dżakfrut). Od słowa do słowa okazało się, że rozmawiamy z nauczycielem z przyświątynnej szkoły. Przy okazji pokazał nam ichniejszą bibliotekę składającą się z komputera pamiętającego czasy Windows 95, paru książek do nauki angielskiego oraz buddyjskich wolumenów. Na tamten moment szkoła liczyła około 20 uczniów, którzy mieli lekcje trzy razy dziennie. Wszystkie dzieci pochodziły z biednych rodzin. Po tej krótkiej pogawędce zakończyliśmy oficjalnie zwiedzanie Angkor Wat i wróciliśmy do hotelu.

Kompleks Angkor Wat. Świątynia Preah Ko.

Kompleks Angkor Wat. Świątynia Preah Ko.

Właśnie się kładliśmy do popołudniowej drzemki, kiedy to Tomek z ciekawości sprawdził prognozę pogody na jutro na Bali (nasz następny przystanek w podróży). Przyznaję, że akurat z tym miejscem zachowaliśmy się, jakbyśmy pierwszy raz jechali na wakacje z biurem podróży. Słowo Bali, tak jak słowo Karaiby czy Hawaje niezmiennie kojarzy się jednakowo – słońce cały rok, plaża, piasek, błękitna ciepła woda – taki mały raj. W naszej głowie dokładnie tak to wyglądało tylko jeszcze się hamak bujał w cieniu. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy w prognozie pogody zobaczyliśmy same ciemne chmury z deszczem i błyskawice. Oczywiście sprawdziliśmy jeszcze raz, a potem na drugiej stronie, a potem jeszcze na trzeciej. Cholera, wszystkie pokazywały to samo. Niemożliwe. Tam miał być raj, słońce i plaża! Czytamy o Bali (trochę za późno). Właśnie dowiedzieliśmy się, że trwa tam w najlepsze PORA DESZCZOWA. Cudownie, a akurat tam chcieliśmy leżeć przez 6 dni plackiem na słońcu(!) i nic nie robić. Zamiast naszej standardowej drzemki zaczęła się burza mózgów. Powstało pytanie – czy w ogóle jest tam sens jechać jutro (!).  Rozważaliśmy to głównie z powodu tego, że mieliśmy przesiadkę w Kuala Lumpur i w zasadzie z Bali i tak musieliśmy tam wrócić. Bilety, które kupiliśmy pół roku temu w promocji Air Asia – Free Seats (siedzenia za darmo) – były śmiesznie tanie i nie było nam żal zmieniać planów. Za hotel również jeszcze nie zapłaciliśmy, a anulację mieliśmy za darmo. Poza tym Tomek właśnie sobie uświadomił, że nie zabrał ze sobą międzynarodowego prawa jazdy więc nie będzie mógł prowadzić naszego wypożyczonego samochodu. Chwilę później dostał maila od wypożyczalni, że nasz dżip jest niedostępny i możemy dostać albo normalny samochód albo zrezygnować. W zaistniałej sytuacji było nam to bardzo na rękę.

Kambodża. Dżakfruit.

Kambodża. Dżakfruit.

Popatrzyliśmy na mapę i zaczęliśmy sprawdzać wszystkie dostępne opcje.  Na pierwszy ogień poszedł pomysł, żeby zostać w Kuala Lumpur. Tylko 6 dni to trochę za długo na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy więc szukać plaży w odległości godziny lub dwóch od lotniska. Niestety nic nie znaleźliśmy. Kolejnym pomysłem było pojechanie na wschód półwyspu Malezyjskiego w rejon Terengganu. Chwilę później okazało się, że tam też przez następny tydzień pada. No to jak nie wschód, to może zachód? Godzinę rozmyślaliśmy nad tym jak się dostać do Langkawi. Niestety pokonała nas cena biletów wraz z ceną hoteli. Jak nie wschód i nie zachód, to może południe? Zaczęło się sprawdzanie połączenia z Singapurem. Samolot, pociąg, hotel – tak czy tak przekraczało to nasz budżet. Nie chcieliśmy jechać na stopa, bo te 6 dni miały być naszym wypoczynkiem – słodkim leżeniem na plaży. Zaraz, zaraz, ale w Singapurze nie ma plaży… Myślami właśnie przenieśliśmy się na północ – jak plaża to może to osławione Phuket w Tajlandii. Nie poddajemy się. Patrzymy na bilety lotnicze – drogo, pociągi – 2 dni w podróży w jedną stronę, teleport – jeszcze nie wynaleziony. Cholera. A Filipiny? W sumie mielibyśmy niedaleko później do przesiadki w Chinach. Nie. Jednak Filipiny też nie – sezon tajfunowo-burzowy się rozpoczął. Już czuliśmy, że nas humor lekko opuszcza. Kompletnie nie mieliśmy pomysłu co zrobimy jutro, a czas nieubłaganie płynął.

Trochę opadliśmy z sił więc wybraliśmy się na kawę z ciasteczkiem 🙂 Jeszcze raz przedyskutowaliśmy wszystkie opcje. Generalnie stwierdziliśmy, że trochę nam pod górkę. Wszędzie gdzie chcemy jechać albo pada deszcz… albo nie ma już hoteli. Przejazdy dzień wcześniej też nie wychodziły zbyt tanio. W końcu udało mi się znaleźć dosyć fajne miejsce na wschodnim wybrzeżu. Hotel też wydawał się lekko luksusowy (jak na nasze standardy). Coś mi jednak w nim nie pasowało. Wszystkie ładne hotele były już zarezerwowane. Został tylko ten i reszta o rankingu co najmniej -1 w gwiazdkach.  Wydało mi się to z lekka podejrzane. Zaczęłam sprawdzać opinie innych ludzi i na stronie 7mej, w wypowiedzi pewnej Brytyjki, ukazał się ten przysłowiowy haczyk. Owa pani, lat około 60ciu poza tym, że zachwalała obsługę, basen i inne rzeczy nadmieniła również, że nikt jej nie poinformował wcześniej, że jest to hotel państwowy. Dlaczego to taka ważna informacja? Otóż Malezja jest państwem muzułmańskim, w którym islam jest religia panującą. Jeżeli kwaterujesz się w hotelu państwowym, musisz przestrzegać prawa muzułmańskiego – czyli żegnajcie skąpe bikini na plaży lub na basenie. Żegnaj również alkoholu… Jakoś zupełnie nie współgrało to z naszą wizją drinka z palemką i w hamaku na dodatek. Zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ostatecznie.  Troszeczkę dobici brakiem pomysłów stwierdziliśmy, że JEDZIEMY NA BALI!

Jak wygląda droga do burzliwego Bali w głowie osoby, która absolutnie boi się latać, a dodatkowo leci samolotem linii lotniczych, którym parę miesięcy wcześniej… spadł samolot? O tym w kolejnym poście…