Autostopem na Mont Blanc

Atak na Mont Blanc… kolejką

Aiguille du Midi, Mont Blanc
Aiguille du Midi, Mont Blanc
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

24 czerwiec

Jakoś się tak złożyło w tym czerwcu, że brzydka pogoda się za nami ciągnęła. Bez sensu. Wcale nie chcieliśmy. Prosiliśmy. Błagaliśmy. Nawet uciekliśmy. Nic. Nie do przeskoczenia. Pani Pogoda była wyraźnie cięta na nas. Nie zaskoczył więc nas deszcz o 6 rano. Chyba się już po prostu trochę przyzwyczailiśmy. Zebraliśmy się jak tylko przestało padać. Dzisiejszy plan – atak na Mont Blanc.  Niestety nie mieliśmy ze sobą raków, lin i innych szpejów (w końcu wybieraliśmy się na Korsykę, a nie w Alpy).  W związku z tym przyszedł pomysł, żeby zachować się jak typowy turysta i na górę – WJECHAĆ. Ja wiem, że to trochę jak stwierdzenie  ‘byłem w Tatrach na Krupówkach’, ale raz w życiu można.  Toteż ustawiliśmy się ładnie w kolejce do kasy. Przed nami alpiniści, za nami alpiniści, aż mi się smutno zrobiło. Następnym razem, następnym razem.  Gdy już dotarliśmy pod okienko, miła Pani kasjerka poinformowała nas, że generalnie na szczycie jest brzydka pogoda. To tak gdybyśmy nie mieli oczu i nie widzieli, że wierzchołek tonie w chmurach. Mimo to zdecydowaliśmy się na dwudniowy Mont Blanc Multipass za 70 euro.  Wychodzi to dużo taniej niż kupowanie pojedynczych biletów. W szczególności, że sama wycieczka na Blanca i z powrotem kosztuje 54, a z Multipassem można jeździć wszystkim. No to jedziemy!

Jakby nie było nas dużo na świecie, akurat do wagonika zapakowała się razem z nami polska wycieczka Rainbow Tours.  To tyle ile chodzi o banie się po polsku.  Taki generalnie był mój plan. Przytulić się do Tomka i poręczy, zamknąć oczy i ponarzekać po polsku jak bardzo się boję. Nikt by się przecież nie zorientował. A tak to pani Hania z przodu też się bała, pani Ela z boku również i jeszcze bardziej nakręcały moją panikę. Ech… Dotarliśmy do pierwszej stacji Plan de l’Aiguille. Stamtąd można albo jechać dalej bądź przejść się przepiękną trasą widokową wzdłuż doliny. My przesiedliśmy się w drugą kolejkę prowadzącą na szczyt Aiguille du midi. Jak zwykle zamknęłam oczy, i w górę! Uff, jesteśmy. Nic nie widać przez szyby stacji. Obok nas ubierają się alpiniści. My zakładamy sweterki puchowe i balaclavy. Wyjeżdżamy windą na taras widokowy. Wychodzimy na zewnątrz. Ziiiiimno. Jesteśmy w chmurach. Od czasu do czasu coś przewieje i dosłownie na parę sekund pokazuje się widok doliny, albo trochę szczytu. Staramy się coś dojrzeć, ale tylko coraz bardziej marzniemy. Obok nas stoją Hinduski z gołymi stopami w japonkach. Wchodzimy z powrotem do środka i dajemy się ponieść owczemu pędowi do szklanej podłogi. Rozreklamowana jako STEP INTO THE VOID (krok w pustkę), może i robi wrażenie jak jest dobra widoczność. My, ubraliśmy posłusznie te duże kapcie, żeby nie porysować szkła i przez pół minuty bujaliśmy w obłokach. Nie było to bardziej ekstremalne przeżycie niż wyjazd na górę.  Wróciliśmy na taras widokowy i akurat w końcu naszym oczom ukazał się  – Blanc, Mont Blanc. Kiedyś na niego wejdziemy, nawet może szybciej niż później. Na dzień dzisiejszy musieliśmy się zadowolić samym widokiem, który od czasu do czasu zasłaniała pani Renia, pan Stefan i Zbyszek a także w pozostałych rolach wystąpili wspomniani Hindusi oraz Japończycy. Naprawdę nie przepadam za tłumami. W szczególności jak posiadają łokcie. Udało się zrobić zdjęcie,a nawet nakręcić film. Niestety mocno wiało i nic na nim nie słychać, więc nie umieszczam go na youtubie.

Ponieważ zmarzliśmy już bardzo, postanowiliśmy zjechać w dół, do poprzedniej stacji. Stamtąd chcieliśmy się przejść szlakiem wzdłuż doliny, aż do kolejnego schroniska/hotelu Montenvers. Według ulotek, które dostaliśmy wraz z Multipassem, jeździł tamtędy pociąg widokowy, na który chcieliśmy się załapać (jak już być turystą to po całości!). Trasa według znaczków miała trwać 2,5 – 3h. Jako, że właśnie się trochę rozpogodziło (w końcu zjechaliśmy w dół, to czemu nie?), skręciliśmy nasze kijki i ruszyliśmy w drogę. Szlak, a właściwie autostrada dla matek z wózkami, był bardzo dobrze oznaczony i wydeptany na tyle, że żadna mapa nie była potrzebna. W porównaniu do naszej Korsyki, alpejskie ścieżki są szerokie, ułożone i zabezpieczone na każdy wypadek. Nic tylko iść… albo biec! Akurat w weekend zaczynał się maraton dookoła Mont Blanc. W związku z tym strasznie dużo biegaczy trenowało na szlakach. Tym sposobem udało się spotkać ekipę z Polski sponsorowaną przez Salomona. Wtedy właśnie dowiedziałam się jak robi się profesjonalne zdjęcia zawodnikom. Zawsze byłam ciekawa jak udaje im się uchwycić zarówno postać jak i widoki. Moi mili Państwo wygląda to następująco. Najpierw biegnie fotograf z ciężkim sprzętem i ustawia się na górze. Później podbiega zawodnik, ustawia się i daje znak, że zaczyna biec, następuje wielokrotny spust migawki i gotowe! Następnie fotograf sprawdza co wyszło i ewentualnie biegacz wraca na swoje poprzednie miejsce, a cała czynność odbywa się jeszcze raz. Chwilka przerwy i fotograf zaczyna biec na kolejne miejsce. Z moich naiwnych obserwacji wynikło, że pan z aparatem musi być w lepszej kondycji, ale jako totalny laik mogę się mylić.

Autostrada w chmurach, Alpy.

Po dwóch i pół godzinie dotarliśmy do Montenvers, skąd roztacza się przecudowny widok na u-kształtną dolinę polodowcową. Po drodze minęliśmy również wycieczkę przedszkolaków. Jako, że nie mieliśmy nic do jedzenia, nie zatrzymywaliśmy się na długo. Gdy tylko zobaczyliśmy zbliżający się pociąg podążyliśmy na stację. Trasa, którą jechał, była na tyle malownicza, że Tomek, aż z wrażenia zasnął. Ok. 14tej byliśmy już z powrotem w centrum. Wydawało nam się, że jest jeszcze mnóstwo czasu toteż postanowiliśmy ‘zaliczyć’ dzisiaj kolejną kolejkę – Grands Montets. Po drodze wpadliśmy jeszcze na kawę do McDonald’s w celu doprowadzenia Tomka do stanu używalności.  Następnie skierowaliśmy się na przystanek, gdyż następna nasza kolejka była położona za miastem. Na szczęście transport miejski jest darmowy dla wszystkich, którzy wykupili miejsce noclegowe w hotelu bądź na kempingu w mieście. Niestety nasz autobus się spóźniał, więc tak z czystej ciekawości postanowiłam sprawdzić godziny otwarcia. Tak, oczywiście, już za późno, ostatni wjazd jest o 16tej. Patrzymy  na zegarek – 15.50. Nie da rady. Wróciliśmy z powrotem do centrum i jak rasowi turyści przystąpiliśmy do zwiedzania sklepów. W zasadzie to szukaliśmy dla mnie dziecięcego windstopera, ale nawet w stolicy alpinistycznego szaleństwa nie było takiego wynalazku. Trudno, kiedyś znajdę.

Po zakupieniu i spożyciu lokalnego browara udaliśmy się na spoczynek o porze nie późniejszej niż 9ta. Ach te wakacje! Mamy nadzieję, że w nocy deszczu nie będzie, o Pani Pogodo wysłuchaj nas.

Zobacz galerię zdjęć z Francji na smieszynkaphoto.com