Autostopem na Mont Blanc

Autostopem do Courmayeur

łapanie stopa
łapanie stopa
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

22 czerwiec

Ha! Dzisiaj okazało się, że jednak Śmieszynkę plecy nie bolą i może łapać stopa. Powiem wam, że troszkę nam ulżyło. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami, najpierw zapytaliśmy o drogę wylotową na Genuę.  Na szczęście właśnie przy niej był kemping. Wyposażeni w kartoniki z napisem Torino i Genova postanowiliśmy dojść do pierwszej stacji benzynowej i tam rozłożyć się z naszymi plecakami. Pełni optymizmu ustawiliśmy się na poboczu zaraz przy stacji. Z uśmiechem na twarzy stoimy, łapiemy i… nic! Porobiliśmy sobie zdjęcia, pokręciliśmy filmy… i nic. Największe zainteresowanie nami wykazywali rowerzyści i motocykliści. Ci ostatni prawie zawsze proponowali nam podwózkę, przy okazji rozkładając ręce, że przecież oni miejsca nie mają. No tak, to nam wiele nie pomogło, ale było bardzo miłe.

Po godzinie przestało nam być do śmiechu. Stwierdziliśmy, że przejdziemy się na następną stację. Tak sobie szliśmy i szliśmy, a stacji jak nie było, tak nie ma. Po 5 km stanęliśmy ponownie na jakimś zakręcie i spróbowaliśmy jeszcze raz. NIC! Doszliśmy do wniosku, że chyba za bardzo nie nadajemy się na stopa. Źle wyglądamy, albo coś, szczęścia nie mamy, trzeba wracać. Już w drodze powrotnej, wymyśliliśmy, że w sumie do autobusu mamy jeszcze w cholerę czasu, to może jeszcze raz spróbujemy na tej stacji, na której byliśmy wcześniej. Ruch na niej był niewielki, ale postanowiliśmy jeszcze nie rezygnować. Zrobiliśmy jeszcze tabliczkę z nazwą miejscowości oddaloną o 30 km, gdyby ktoś jechał bliżej. Chyba nie jechał. W końcu na stacji pojawił się biały samochód (tak właśnie je rozróżniam). Tomek skoczył z mapą zapytać się, czy przypadkiem nie jedzie do Genui. No nie, niestety nie.  Wyjeżdżając zatrzymał się jeszcze koło nas i powiedział, że on jedzie do Parmy i może nas zabrać. Parma w ogóle po drodze nam nie była, ale chyba już dosyć mieliśmy czekania. Szybkie sprawdzenie mapy, dobra jedziemy do Parmy! Może stamtąd uda się dotrzeć do Milanu, a z Milanu do Turynu.

Franco i jego łódka

Tak właśnie rozpoczęła się dzisiaj nasza najlepsza historia autostopowa. Przemiły pan Franco, który nas zabrał, mówił “very little english” (baaaardzo mało po angielsku). My, jak już wspominałam wcześniej, po włosku znaliśmy raptem 3 słowa.  Przez pierwsze 10 minut próbowaliśmy coś rozmawiać, a to na migi, a to łamanym angielskim, bądź coś próbowaliśmy zrozumieć po włosku. No nie szło nam to w ogóle. Do Parmy jechaliśmy około godziny, gdyż przeuroczy dziadek lubił sobie przycisnąć tak do 160km/h. Ostatnie 15 minut trasy coś zaczął usilnie szukać na telefonie.  Znalazł! Chciał nam pokazać swoją łódkę;) 10 metrową… Franco właśnie wracał z Pizy, gdzie ją trzymał w doku.  Pierwsza nasza myśl, przyznam się, była z kim my jedziemy ?!?! Wiecie ile to kosztuje? Ja zdaję sobie sprawę, że to takie typowe polskie myślenie, ale samo się nasunęło. Pomijając rozważania na temat majętności Franca a przechodząc dalej, dogadał się z nami gdzie nas wysadzi. Stwierdził, że do centrum Parmy to nie ma co jechać bo nic nie złapiemy. Zaproponował, że nas wyrzuci zaraz za bramkami na zjeździe do Fidenzy. Nam to było generalnie wszystko jedno, i tak nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Podziękowaliśmy ładnie i wysiedliśmy z klimatyzowanego samochodu na największy włoski żar. Zauważyliśmy w pobliżu jakieś centrum handlowe.  Stwierdziliśmy, że się przejdziemy chociaż do toalety. I teraz najważniejsza informacja – to nie było JAKIEŚ centrum handlowe. Wkroczyliśmy w świat butików z najwyższej półki – Ralph Lauren, Gucci, Prada, Armani, Dolce&Gabbana. Ludzie na ulicy w najlepszych ciuchach, w pełnym makijażu a pośród tego my – dwa duże plecaki, dwie podkoszulki na zmianę i namiot w środku.   Myślę, że jak kiedyś obcy wylądują na ziemi to będą się czuć mniej więcej jak my wtedy.

Kierowca rajdowy

Wróciliśmy z powrotem na autostradę i stanęliśmy zaraz przed znakiem ‘NO AUTOSTOP’. Żar z nieba lał się niesamowity. Już po 5 minutach zaczęłam narzekać do Tomka, że nikt nas tutaj nie zabierze. Wszyscy wjeżdżający to klienci centrum handlowego. Po kwadransie zatrzymało się białe auto. Tomek wyskakuje z tekstem ‘No chyba żartujesz’ (reakcja na Audi A6 quatro combi, 3l diesel z dwiema turbo sprężarkami).  Pan w środku mówi, że może nas podwieść do Milanu. Otwiera bagażnik  cały w torbach z butików. Tomek pyta czy może tam wsadzić na to wszystko plecaki. Tak nie ma problemu, wrzucaj. To się Dolce Gabbany i inne Prady pogniotły. Najwidoczniej nie miał z tym problemu.  W ogóle fajnie nam się trafiło, bo nasz kierowca w końcu mówił po angielsku. Już na wstępie zapytał czy mamy coś przeciwko szybkiej jeździe.  My, oczywiście że nie, przecież się nie wybrzydza. A miły Włoch na to, że się dobrze składa, bo on jest akurat byłym kierowcą rajdowym. Super! I tak od słowa do słowa, jakoś doszliśmy do tego, że Andrea jest również przedstawicielem ( a właściwie jak później wygooglowaliśmy dyrektorem do spraw sprzedaży) największej sieci luksusowych hoteli na świecie. Orient Express, hotel na Machu Picchu i parędziesiąt innych w każdym zakątku świata to właśnie ta sieć. Jako, że akurat opowiadaliśmy mu o naszej planowanej podróży poślubnej dookoła świata, zaproponował nam kolację w jednej ze swych placówek w Siem Reap w Kambodży.  Czemu nie? Na pewno skorzystamy. Generalnie miał nas zawieść tylko do Milanu, ale jakoś tak wyszło, że podrzucił nas na stację benzynową 40 km za miastem. Chyba mu się nie spieszyło za bardzo do domu, bo nadłożył dla nas 100 km.  Ale wszyscy mieliśmy frajdę jechać 200km/h. Na pożegnanie zostawił nam jeszcze swój adres email, żebyśmy mu się przypomnieli zaraz przed naszą podróżą.  Zrobiło nam się tak miło, dostaliśmy takiego pozytywnego ‘powera’, i tak byliśmy przyjemnie zaskoczeni życzliwością Włochów, że odtąd stwierdzamy – kochamy ten kraj.

Pan Dziadek i Pani Babcia

Po szybkim lunchu na stacji ustawiliśmy się na wylocie z tabliczkami na Turyn i Aostę. Nie mieliśmy jakiegoś większego zamiaru dostać się bezpośrednio w Alpy tego dnia ale stwierdziliśmy, że spróbujemy. Aosta jest ostatnim z największych miast przed tunelem na stronę francuską. Oczywiście wzbudziliśmy największe zainteresowanie wśród znudzonych kierowców tirów, którzy czekali na zniesie zakazu jazdy w weekend. Już po paru minutach przypałętał się pan Zdzisek narzekając, że taka piękna niedziela, a on musi stać na stacji.  Po 10 minutach zatrzymało się starsze małżeństwo Włochów proponując nam podwiezienie do Ivrei. Sprawdziliśmy na mapie, znajdowało się to zaraz za skrętem z autostrady w stronę Aosty. Wsiadamy! Niestety oboje nie mówili ani słowa po angielsku. Nie przeszkodziło to jednak Pani Babci poczęstować nas landrynkami. Generalnie na tym etapie podróży byłam się najbardziej. Pan Dziadek za nic sobie miał pasy na jezdni i jeździł od barierki do barierki nie zwracając uwagi na inne pojazdy. W pewnym momencie Pani Babcia krzyknęła “Castello, castello” pokazując na zamek w oddali, a Pan Dziadek tak się na to owe castello zapatrzył, że zjechał na pobocze. Wolelibyśmy, żeby patrzył na drogę. 15 km przed zjazdem stanęli w zatoczce, my troszkę się wystraszyliśmy, że tutaj chcą nas wysadzić. Na szczęście Pani Babcia zorientowała się, że poczuliśmy się trochę nieswojo i powiedziała ‘rilaks’ (relaks, spokojnie). To tylko Pan Dziadek wyszedł z samochodu poszukać bilecika z opłatą za autostradę. 10 minut później wyrzucili nas zaraz za zjazdem.

Bagażnik

Zdążyliśmy tylko przejść na drugą, zamachnąć ręką i zatrzymało się kolejne auto. Nawet nie wyciągnęliśmy tabliczki. Grupka trzech mężczyzn, na oko, imigrantów jechała do pracy do Aosty. Też słabo mówili po angielsku, ale zaproponowali, że mogą nas zabrać… w bagażniku;) Samochód generalnie był siedmioosobowy, ale brakowało trzech ostatnich siedzeń. Na autostopie się nie wybrzydza, poza tym była już 18ta a my chcieliśmy się dostać do miasta przed zmrokiem. Po kilkunastu kilometrach jeden z pasażerów wysiadł i mogliśmy się przesiąść na siedzenia. Poradzili nam, że najlepiej dla nas będzie jeżeli staniemy sobie pomiędzy zjazdem na autostradę w stronę Mont Blanc (tunel do Francji biegnie pod górą) a zwykłą, niepłatną drogą w tym samym kierunku. Tak też zrobiliśmy uzbrojeni w nową tabliczkę z napisem “Mont Blanc”.

Najlepsze włoskie serce

Stoimy, stoimy i… nic. Zaczęło się już robić późno. Doszliśmy do wniosku, że dzisiaj już nam się nie uda dostać na drugą stronę. Zmieniliśmy plan i zaczęliśmy łapać stopa tylko do centrum Aosty (ok. 5km). Zatrzymała się Włoszka słabo mówiąca po angielsku, ale mająca najlepsze serce dzisiaj dla nas. Chcieliśmy, żeby podwiozła nas albo do miasta albo na kemping, jeśli byłoby to bliżej. Stephania, bo tak miała na imię, co prawda zawiozła nas na pole namiotowe ale tylko i wyłącznie dlatego, że był tam ktoś kto mówił po angielsku. Przez tłumacza zaproponowała nam, że podwiezie nas do Chamonix (ok.40-50km).  Z zaskoczenia nas troszkę zatkało, ale przystaliśmy na tą hojną ofertę. Po drodze zadzwoniła do swojego ojca pytając jak tam dojechać. Ten wytłumaczył jej, że będzie musiała zapłacić za przejazd tunelem. Wspólnie doszli do wniosku, że najlepszą opcją będzie zostawić nas w Courmayeur, ostatniej miejscowości po tej stronie granicy.

Po drodze Stephania powiedziała nam, że ona sama przejechała na stopa wschodnie wybrzeże USA. Jak to zrobiła bez znajomości angielskiego, nie wiem. Widocznie się da. W każdym bądź razie chciała nam pomóc najbardziej jak się da. W Courmayeur zatrzymała się z dobre 4 razy żeby zapytać, gdzie jest jakikolwiek kemping. Mimo to w drodze do niego, zabłądziliśmy gdzieś w alpejskiej dolinie. Zatrzymała się po raz kolejny koło hoteliku w górach. Weszła do środka i wyciągnęła  stamtąd jakiegoś przypadkowego człowieka. Namówiła go, żeby pojechał z nami, pokazać jej gdzie jest miejsce, którego szuka.  Uff, udało się trafiliśmy. Jeszcze upewniła się w recepcji czy na pewno są wolne miejsca i pojechała. Bardzo chcieliśmy jej jakoś szczególnie podziękować. Niestety mieliśmy tylko roztopioną czekoladę. Trochę wstyd, ale daliśmy jej naprawdę od serca.  Nasze 5 km tylko do centrum przemieniło się w godzinną jazdę pod Mont Blanc.

Bardzo szczęśliwi postanowiliśmy wynająć sobie chatkę zamiast rozkładać namiot. W zasadzie było już koło 21.30 i robiło się ciemno, a chcieliśmy jeszcze popodziwiać widoki. Dzisiejszy dzień był dla nas tak pełny wrażeń i pozytywnej energii, że uznaliśmy go najlepszym dniem całej wycieczki. Teraz w ogóle nie żałujemy, że zrezygnowaliśmy z GR20.

Jutro łapiemy stopa do Chamonix!


Zobacz galerię zdjęć z Włoch na smieszynkaphoto.com