Chiny Tybet Nepal Bhutan Indie

Badogra – New Delhi

Delhi nocą
Delhi nocą
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka
New Delhi
Rano wyruszyliśmy z Darjeeling w stronę Badogry. Miasto samo w sobie nie miało nic specjalnego oprócz lokalnego lotniska. Odprawa na nim to już jednak przeżycie. Okazuję się bowiem, że zapalniczka znajduje się w klasyfikacji materiałów zabronionych prawie na poziomie wzbogaconego uranu, który przewożę przecież notorycznie 😉 Zupełnie inaczej niż w europejskich portach lotniczych, bagaż główny jest prześwietlany przed właściwą odprawą. Na moje nieszczęście skaner pokazał aż dwa bardzo niebezpieczne narzędzia. Pierwszą zapalniczkę znalazłam w kurtce, która była na szczęście na samym wierzchu… Ale druga… hmm znajdowała się gdzieś na dnie mojego super-spakowanego plecaka. I tak sobie pomyślałam, że nie będę wszystkiego wyciągać żeby ją znaleźć. Szybki ruch ręki do kieszeni spodni. Tak! Jest druga. Mała podmiana, liczba się zgadza, możemy iść się odprawić. Kolejna niespodzianka, mamy za dużo bagaży jak na lot krajowy. Dopłata, i z bagażem podręcznym ruszamy do bramek. Tu kolejna kontrola. Obszukali mnie lepiej niż po zagrożeniu terrorystycznym w Stanach. Oj, niedobrze… Kolejna zapalniczka. Jeszcze jedna i pewnie znajdę się na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Jeszcze tylko podręczny plecak. Też nie najlepiej. Dostał metkę, że trzeba go prześwietlić jeszcze raz. Wyciągam wszystkie kable. Dalej nie bardzo. Okazuje się, że w podręcznej apteczce były nożyczki. Nie przechodzą, trzeba wyrzucić. Litr wody w odkręconej butelce? Nie ma problemu. Najwidoczniej tutaj bardziej się boją, że podpale się zapalniczką niż skonstruuje bombę z wody do picia, jak to ma miejsce w Europie. Termos z herbatą… po krótkim pokazie, ze płyn nie jest zatruty, tez przechodzi. Zaraz przed wejściem do samolotu (w końcu nabyłam uran od pani w toalecie) kolejna kontrola osobista z wykrywaczem metalu. Oczywiście oddzielna dla mężczyzn i kobiet (za parawanem). Nic się nie prześlizgnie.
W każdym bądź razie, dumna z siebie, jedna zapalniczka została.
Lot trwał prawie 2,5h. Lotnisko w Delhi, piękne i nowoczesne. Do kolejnego samolotu mamy ponad 6h. Z braku innego zajęcia postanowiliśmy zwiedzić stolice. Wsiadamy do nowiutkiej, i przede wszystkim pustej, linii metra. Oczywiście wysiadamy przystanek za wcześnie. Na piechotę za daleko. Wracamy. I tu… ach, moja ulubiona, kolejna kontrola osobista plus skanowanie plecaków. Już nie mam zapalniczek, to czego oni ode mnie chcą?
Metro. Metro nie-lotniskowe. Myślałam, ze nie uda mi się zmieścić do wagonu. Błąd, za mną weszły jeszcze 3 osoby. Stałam z rękami wyprostowanymi, dotykając sufitu. Trzymać się nie trzeba było. Ludzie trzymali się sami, siebie. Wrażenie klaustrofobii, niesamowite. I jeszcze kolega obok mówi, to teraz się nie dziwi czemu jest tyle ofiar jak wysadzają się w metrze. Pocieszające. Przebłysk geniuszu Natalki, sprawdzam kieszenie w spodniach. Wszystkie otwarte. Nawet nie wiedziałam kiedy. Skok ciśnienia, kieszeń z paszportem również otwarta, i prawie już wypadał. Nie poleciałabym nigdzie. Zbliżamy się do stacji. Psychicznie przygotowujemy się do akcji wysiadanie. Szybki wyskok jak najdalej od tłumu, żeby nas nie stratował. Udało się.
Wychodzimy z metra, i… szok, totalny szok. Gorąco, parno, duszno, mnóstwo ludzi, riksz, samochodów, motorów, skuterów, żebraków, hałasu, pyłu…
Z trudem przedzieramy się przed siebie. Pierwsze wrażenie, chyba musimy iść pod prąd. Rozglądamy się wokół, na drugiej części ulicy sytuacja wygląda tak samo. Wszystko jeździ i chodzi jak chce. Nie jest dobrze. Co chwile ktoś chce nas stratować bądź przejechać. Nic nie widać, bo wokół tyle ludzi. Boje się, że się zgubimy. Łapiemy się za ręce i jakoś idziemy. Czy raczej usilnie przedzieramy się do przodu. Szukamy najważniejszego meczetu w Delhi. Nie wiadomo, za bardzo gdzie iść. Na ulicy syf, kiła, mogiła. Po kilkunastu udzielonych wskazówkach dochodzimy do meczetu. Już nic za bardzo nie widać, jest po zachodzie słońca. Kobiety oczywiście do środka wejść nie mogą. Siadamy na schodach i podziwiamy tłok na ulicach. Mam dosyć. Duszę się tym natłokiem… wszystkiego! Bardzo chcę wracać do pustego metra na lotnisko. W planie kolejny punkt, czerwony fort. Rezygnujemy z przejścia na nogach. Łapiemy riksze. I powiem wam, to również jest sport ekstremalny. Ulice, dziura na dziurze, oczywiście brak amortyzacji, plus samochody, motory, skutery, i inne dziwne pojazdy. Sygnalizacja świetlna? Hmm, jest, nasz riksiarz jednak za bardzo się nią nie przejmuje. Czerwone światło? Przecież zdążymy. Z sercem w gardle dojeżdżamy pod fort. Oczywiście zamknięty, i… ciemno. Nic nie widać. Ja w zasadzie mam już dosyć. A jeszcze czeka nas powrót normalnym metrem. Na szczęście dwie godziny później już nie było takiego tłoku. Wracamy na lotnisko.
4h w Delhi, psychicznie i fizycznie zmęczyło mnie bardziej niż cala 21-dniowa wycieczka. Jeżeli będzie taka możliwość, nigdy więcej Indii. Nie mam pojęcia czym ludzie się zachwycają. Osobiście dla mnie dramat. Ale cóż, ja jestem wychuchana Europejka i pewnie tego nie rozumiem.
Trzecia nad ranem, samolot do Amsterdamu. I tak zaczęła się długa droga do domu…


Zobacz galerię zdjęć z Indii na smieszynkaphoto.com