Podróż dookoła świata

Balijskie opowieści

Bali. Snorkeling
Bali. Snorkeling
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

20.01 – 26.01

Pomimo wspominanej wcześniej pory deszczowej postanowiliśmy się wybrać na Bali. Zaczęło się od bardzo nieprzyjemnego lotu z Siem Reap do Kuala Lumpur liniami Air Asia. Nie bez znaczenia w głowie Śmieszynki była niedawna informacja o katastrofie lotniczej w tamtym rejonie i tymi samymi liniami. Trzęsło, rzucało na boki, a życie przeleciało kilka razy przed oczami. Biedny Tomek masował swoją rękę, która prawie, że została zmiażdżona ze strachu. A to był dopiero początek. Nagle poczułam, że spadamy… Mózg przełączył się w tryb ‘skrajna panika’, przy której moje płuca przestały pracować. Zaczęłam się dusić. Generalnie nie wiedziałam, co się dzieje. Za chwilę zaczęło rzucać na wszystkie strony, a Tomek tylko powtarzał ‘oddychaj głęboko, oddychaj’. Po dwóch godzinach bardzo silnych turbulencji (czyt. walki o życie) udało się szczęśliwie wylądować w Kuala Lumpur. Jak długie godziny to były wiedzą Ci, którzy boją się latać – prawie-że-nieskończoność.

Małpy też mogą się znudzić

Małpy też mogą się znudzić

Lotnisko w Kuala Lumpur zrobiło na nas mało przyjemne wrażenie. Panowało tam niezrozumiała dla nas atmosfera dziwności. Wyszliśmy z samolotu i korytarzem zmierzaliśmy do Imigracji. Właśnie zjeżdżaliśmy ruchomymi schodami do kontroli paszportowej, gdy naszym oczom ukazał się bardzo podejrzany obraz. U stóp schodów, zaraz przed kontrolą koczowała grupa 50ciu dziwnych ludzi. Co było z nimi nie tak? Wyglądali jak grupka uchodźców, która właśnie o własnych siłach przedarła się przez zieloną granicę. Nie można przecież lecieć na gapę samolotem, prawda? Owa grupa siedziała i czekała. Dodam jeszcze, że byli to sami młodzi mężczyźni o ciemnej karnacji i w tradycyjnych muzułmańskich szatach. Nie chcę zabrzmieć rasistowsko, ale jakbym miała sobie wyobrażać Pakistańczyków albo Afgańczyków to tak by wyglądali. Nie wiem na co czekali, ale trwali w bezruchu. Nie przesuwali się do kolejki paszportowej, tylko trwali w tym oczekiwaniu. Nie wiadomo na co. Dla nas wyglądało to co najmniej podejrzanie.

Lokalne pamiątki

Lokalne pamiątki

Stojąc już w kolejce do kontroli zaobserwowaliśmy kolejną mało spotykaną rzecz. Zaraz przed nami para z nastoletnim dzieckiem pchała wózek z niepełnosprawną babcią. Podeszli wszyscy razem do okienka i podali 4 paszporty. Na to oficer straży granicznej odpowiada im, że on może rozpatrzyć tylko jeden paszport na raz. W tym celu muszą się cofnąć i podchodzić pojedynczo. Nastolatek tłumaczy, że babcia sama sobie nie poradzi, a reszta rodziny słabo zna angielski więc im jest wygodniej razem. Oficer graniczny jeszcze raz powtarza, że muszą podejść pojedynczo. Nastolatek z powrotem tłumaczy, że to mało możliwe. W tym momencie oficer wydziera się na całe gardło, że albo się cofną i zrobią jak mówi, albo ich nie wpuści. Rodzinka dosyć skonsternowana zostawia babcie przy okienku. Urzędnik bierze do ręki paszport, patrzy, skanuje, patrzy i oddaje. Krzyczy: ‘następny’. Nastolatek podchodzi przesuwa wózek o metr i podaje swój paszport. Urzędnik robi dokładnie to samo co w przypadku babci i krzyczy: ‘następny’. Nastolatek przesuwa się razem z babcią dwa metry dalej czekając na swoją rodzinę. Podchodzi matka, a zaraz później ojciec. Wygląda na to, że dla niektórych różnica dwóch metrów jest różnicą znaczącą. Zaraz po nich przechodzimy i my. Pojedynczo.

Balijskie śniadanie

Balijskie śniadanie

Parę godzin później lecimy na Bali. Mając w pamięci poprzedni lot, moja skóra zmienia odcień na trupio blady. Oczywiście turbulencje nas nie ominęły. Życie po raz kolejny przeleciało przed oczami, a ręka Tomka mocno już protestowała pod moim uściskiem. Po trzech-nieskończenie-długich godzinach szczęśliwie wylądowaliśmy w środku strasznego upału (a była godzina 20:00). Jako, że wczoraj pozbyliśmy się auta z wypożyczalni, zaczęliśmy rozważać opcje dostania się do Ubud. Autobusy oczywiście już nie kursowały, a na zewnątrz panowały egipskie ciemności. Udaliśmy się zatem do okienka z taksówkami. Po usłyszeniu niebotycznej kwoty 350 000 indonezyjskich rupii (ok.100PLN) zaczęliśmy się mocno targować. Niestety taksówkarz stwierdził, że to za daleko i za długo i za mniej nie pojedzie. Nie mieliśmy większego wyboru. Wsiedliśmy do taksówki. Po odpowiednio długim czasie dotarło do nas, że definitywnie jest daleko. W tym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy dobrze zrobiliśmy pozbywając się samochodu. W ciągu następnych dni wyjaśniło się, że w zasadzie jesteśmy w głębokiej d… dziurze na Bali i ten własny transport by się przydał. Z drugiej strony popadliśmy w absolutne nicnierobienie. W końcu zaczęliśmy urlop wypełniony balijskimi opowieściami 🙂

 

O dwóch takich, co odkryli sambal

Przepis na sambal żony właściciela

Pokroić dwa chili – jedno małe, drugie duże.
Dodać pomidora i poszatkowaną cebulę.
Podsmażyć wszystko i dodać cukier.
Zmiksować, po czym doprawić 3 kroplami limonki.

Voila! Sambal gotowy.

PS. Niby proste, ale nigdy nie wyszło tak smaczne jak na Bali. Żona pewnie miała jeszcze sekretny składnik, który nie został nam wyjawiony.

Pierwszej nocy zaraz po przyjeździe postanowiliśmy zjeść coś dobrego. Jako, że znajdowaliśmy się gdzieś w mniej turystycznej części Bali, dookoła była ciemno. Żadnej latarni, żadnych neonów. Zero miasta. Baaaardzo ciemno. Jedyne miejsca, w których można było zobaczyć trochę światła to restauracje. Polecono nam obiekt naprzeciwko hotelu, ale z tego co pamiętam jeszcze nigdy nie skorzystaliśmy z rekomendacji recepcjonisty. Wyruszyliśmy przed siebie w ciemną noc licząc na znalezienie czegoś. Sami w zasadzie nie wiedzieliśmy czego. Wyszliśmy z założenia, że jak znajdziemy to będziemy wiedzieć. Szliśmy więc przed siebie świecąc sobie telefonem. Mijaliśmy puste knajpki (sezon deszczowy przecież), aż w końcu koło małego rondka natrafiliśmy na taką wypełnioną po brzegi. Tak to właśnie będzie nasza! Od razu doskoczył do nas pan właściciel opowiadając o swojej restauracji… i hostelu. W zasadzie to był także przewodnikiem i oprowadzał wycieczki. A że i to mu było mało, to jeszcze od czasu do czasu męczyły go artystyczne talenty i rzeźbił w drewnie. To się nazywa przedsiębiorczość. Azja nie zna próżni. Po dosyć długiej pogawędce w końcu podano jedne z lepszych posiłków jakie jedliśmy. Najlepszą ich częścią był świeży sambal robiony przez żonę właściciela. Zakochaliśmy się w tym sosie i od tej pory codziennie przez 6 dni przychodziliśmy do “naszej” knajpki.

O dwóch takich, co tankowali do butelki

Bali. Elephant Cave

Bali. Elephant Cave

Lenistwo lenistwem, leżenie plackiem koło basenu, leżeniem, ale coś trzeba by było zrobić na tych wakacjach. Jako, że wcześniej anulowaliśmy sobie samochód nie mieliśmy za dużo opcji transportu. Na szczęście hotel oferował również wypożyczenie skuterka. Popytaliśmy co moglibyśmy zwiedzić w okolicy. Okazało się, że niedaleko jest sanktuarium zwane Elephant Cave (jaskinia słonia) oraz widowiskowe tarasy ryżowe. Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać – jedziemy na wycieczkę! Oczywiście nikt z nas wcześniej skuterem nie jeździł, ale nie zaprzątało to głowy pana, który nam go wypożyczał. Wystarczyło, że pokazał jak się zapala, gdzie jest hamulec i wlew paliwa. No to w drogę! Prawo jazdy? Eeeee, jak was złapią to dajcie 5 dolarów łapóweczki. No dobra. Tomek wcześniej miał swój własny motor, więc problemu jako takiego z jazdą nie było. Zrobił rundkę próbną koło hotelu i zadecydował, że damy radę. Przy okazji wspomniał jedną rzecz, która okazała się później bardzo ważna. Dokładnie powiedział: ‘popatrz kochanie, tutaj nawet nie działa wskazówka od poziomu paliwa’. Byliśmy przyzwyczajeni, że prędkościomierze w Azji generalnie nigdy nie działają (wiadomy byłby wtedy przebieg auta), toteż nie zdziwiło nas, że jeszcze jedna rzecz odmówiła posłuszeństwa. Wybraliśmy się więc na początku do jaskini. Przez pół godziny zdążyliśmy pobłądzić kilka razy, zrobić parę kółeczek i zapytać 4 osób o drogę. Oczywiście żadna nie mówiła po angielsku. Koniec końców udało nam się znaleźć sanktuarium koło którego przejechaliśmy ze dwa razy. Niestety w zasadzie zupełnie nas jakoś nie urzekło i po 15 minutach byliśmy z powrotem na parkingu.

Bali. Pola ryżowe

Bali. Pola ryżowe

Po raz kolejny przestudiowaliśmy mapę i ruszyliśmy w stronę pól ryżowych. Z opowieści właściciela wczorajszej restauracji wynikało, że wystarczy jechać prosto przez 45 min i będziemy na miejscu. Z resztą później już wszyscy powtarzali jak mantrę, że za 40 min będą pola. No to jechaliśmy… i jechaliśmy…i jechaliśmy. Po 30 minutach pola nam się nie pojawiły i po raz kolejny zapytaliśmy o drogę. Usłyszeliśmy, że pola będą zaraz. No to jedziemy dalej i rzeczywiście za chwilę ujrzeliśmy wspaniałe zieloniutkie tarasy pól ryżowych. Jako, że w dzisiejszych czasach nawet takie miejsca są robione zupełnie pod turystę, zawitaliśmy do kawiarni z widokiem na całą dolinę. Po kilkunastu zdjęciach i mrożonej herbacie postanowiliśmy wracać z powrotem. Upał zaczął nam już dokuczać straszliwie. Wtedy też Tomek doznał olśnienia na widok swoich czerwonych ramion. Na skuterku nie było czuć palącego nas słońca. Czym prędzej wróciliśmy do centrum Ubud chcąc przy okazji sprawdzić ceny masaży. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na środku drogi (na szczęście już w mieście) nasz skuter odmówił posłuszeństwa. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że się po prostu zepsuł.

Tankowanie

Tankowanie

Potem Tomek mimochodem popatrzył na wskazówkę paliwa i powiedział:’Chyba jednak rano to nie było zepsute, jechaliśmy na oparach’. Zaparkowaliśmy skuter przy drodze i ruszyliśmy w poszukiwaniu stacji benzynowej. Jakoś mieliśmy jeszcze po Kambodży takie przekonanie, że butelki z benzyną sprzedają na każdym rogu. W sumie nigdy się tym nie zainteresowaliśmy, bo nie było nam to potrzebne. A oczywiście kiedy jesteś w potrzebie… to nie ma tak łatwo. Dwie minuty piechotą od skutera znajdowała się wypożyczalnia – podeszliśmy i zapytaliśmy czy możemy kupić paliwo. Popatrzono na nas dziwnie i usłyszeliśmy, że stacja benzynowa jest niedaleko. A do butelki by się nie dało coś przelać? Nie. No dobra, niedaleko – przejdziemy się. Jak mieliśmy się już później kilkakrotnie przekonać odległości w ujęciu Balijczyków są bardzo subiektywne. W końcu dotarliśmy na stację, uśmiechnęliśmy się do pana, który stał koło dyspozytora, a w zamian dostaliśmy plastikową butelkę o pojemności 1,5l. Do pełna proszę! Zrozumienie, lekki uśmiech pod wąsem i możemy wracać. Cała wyprawa zeszła nam dobre 45 minut i całe szczęście, że zabrakło benzyny dopiero w mieście, a nie gdzieś w polu!

O dwóch bladych, co poszli się kąpać na równiku

Jako, że mimo wszystko nicnierobienie średnio nam wychodziło, postanowiliśmy w końcu pojechać na plażę. Dzień wcześniej próbowaliśmy kupić bilety do Candidasy. W każdym okienku informowali nas, że bilet “do” jak najbardziej jest dostępny. Natomiast bilet powrotny… a co to takiego? Uprzejmie nas uprzedzono, że nic z Candidasy nie jeździ, a my chyba upadliśmy na głowę chcąc jechać tam i z powrotem. Autobusem. Bo taksówką – jak najbardziej! Sprawdziliśmy większość punktów sprzedaży i w każdym ta sam śpiewka. Nie da się wrócić tego samego dnia. Coś nam to śmierdziało za bardzo. Jak to się nie da wrócić. Przeszukaliśmy internet i rzeczywiście tylko jedna firma na całe Bali oferuje bilety powrotne – Perama. Udało nam się też odszukać jedyne biuro podróży w Ubud, które sprzedaje ich ofertę.  Kupiliśmy bilet do Candidasy – wyjazd o 7:00 (w jedną stronę, w drugą stronę należy kupić dopiero na miejscu – ale przynajmniej jeżdżą).

Bali. Podmorski świat

Bali. Podmorski świat

Następnego dnia o 7:10 zaczęliśmy się lekko niepokoić, czy aby na pewno o nas pamiętają. Poprosiliśmy w hotelu, żeby zadzwonili pod wskazany na bilecie numer telefonu.  Tak, tak przyjadą po nas. O 7:40 pojawił się w końcu busik po brzegi zapakowany turystami. Po godzinie dojechaliśmy do Padang – miejsca, gdzie według mojego wcześniejszego rozeznania też miała być plaża. Był to jeden z punktów przesiadkowych dla wszystkich chętnych na wycieczkę na wyspę Gili. My przesiedliśmy się do busa jadącego do Candidasy. Bagaże? Nie, my bez bagażu. Na jeden dzień. Mina pełna powątpiewania. Czy aby na pewno dobrze się czujemy. A w którym hotelu nas wysadzić? Nie, nie, nas proszę koło plaży. Kierowca lekko zdumiony zostawił nas koło znaku “Plaża”. Pokręcił głową i odjechał.

Bali. Podmorski świat

Bali. Podmorski świat

Szczęśliwie dla nas zupełnie niedaleko znajdowało się biuro podróży Perama. Jednomyślnie stwierdziliśmy, że dla pewności najpierw kupimy bilet powrotny. Jak się okazało była to nasza najlepsza decyzja tego dnia. Przy okazji zapytaliśmy również o snorkeling (pływanie z rurką), na który mieliśmy wielką ochotę. Cena 450 tysięcy nie wydała nam się wielce wygórowana za 5 godzin pływania wokół Little Island and Blue Lagoon. Niestety w portfelu mieliśmy tylko 270 tysięcy indonezyjskich rupii, więc postanowiliśmy pójść najpierw do bankomatu. Nie było to daleko – może 200 – 300 metrów. Jednak dwóch turystów nawet na tak krótkim odcinku to spory kąsek dla lokalnych biznesmenów. Praktycznie po 100 metrach zostaliśmy zaczepieni przez pana na skuterku. Czy aby nie chcielibyśmy posnorkelingować? A za ile? A za 350 tysięcy. Spadek ceny bardzo nam się spodobał, ale wciąż jeszcze nie doszliśmy do bankomatu. Umówiliśmy się z panem, że jak wyciągniemy pieniądze, to my bardzo chętnie przedyskutujemy ofertę. W końcu udało nam się dotrzeć do bankomatu. Tomek wkłada kartę, wpisuje PIN i… nie działa. Wyciągamy kartę… a to karta Natalki. To teraz Natalka wkłada kartę, wpisuje PIN i… nie działa. Hmm, może ten bankomat nie obsługuje zagranicznych kart. Na szczęście niedaleko był drugi. Sprawdzamy. Nie działa. No to trzeci. Też nic. Karta nie działa. Oczywiście drugiej nie mieliśmy. Zrezygnowani zaczęliśmy iść z powrotem w kierunku plaży. Stwierdziliśmy, że trudno, ale przynajmniej poopalamy się i popływamy w morzu. Zanim zdążyliśmy przejść kolejne 100 metrów, podjechał do nas kolejny pan na skuterku i zaoferował snorkeling za 300 tyś.Tłumaczymy grzecznie, że karta nie działa i nie mamy pieniędzy. Oczywiście nie dał się przekonać i zaoferował podwózkę do innego bankomatu. Nie bardzo chcieliśmy jeździć gdziekolwiek bez pieniędzy więc podziękowaliśmy. Przy okazji dopytaliśmy się gdzie jest  plaża ‘White Sand’, która powinna być ok. 2 km od nas. Według bardzo uprzejmego pana, 2 km to chyba w linii prostej, a jedzie się 40 min. Się jedzie…. A iść na nogach? Na nogach?!?! Na nogach się nie idzie. No tak. W tym momencie awansowaliśmy z pozycji ‘turysta’ na ‘potencjalny pacjent szpitala psychiatrycznego’. Jak zwykle nie bardzo nam się chciało wierzyć w te ich czasy pokonywania odległości. Jednakże upał był  już znaczny, więc doszliśmy do wniosku, że najpierw zobaczymy plażę, która jest najbliżej.

Bali. Podmorski świat

Bali. Podmorski świat

W naszym słowniku słowo plaża odnosi się do piaseczku drobniutkiego i żółciutkiego oraz do obszaru sporej wielkości pokrytego tymże piaseczkiem.  Toteż słowo plaża w stosunku do tego co zastaliśmy miało się nijak. Na kamienisto-żwirkowym skrawku o wymiarach 30m x 10m  znajdowała się pseudo-przystań, na której siedział lokalny rybak. Spojrzeliśmy niepewnie wokół siebie szukając miejsca do rozłożenia się z ręcznikami. Jako wiadomo nie od dzisiaj niepewny turysta to najlepszy turysta. Z miejsca dostaliśmy propozycję snorkelingu za 200 tysięcy. 1,5 godziny pływania w miejscu widocznym z plaży wydawało nam się rozsądnym wyjściem. W szczególności, że nasz budżet na dzień dzisiejszy wynosił 270 tysięcy i $5. Poza tym bądźmy szczerzy, to był nasz pierwszy raz.

Szybko przebraliśmy się w stroje kąpielowe i popłynęliśmy łódko-katamaranem (wybaczcie, nie znam żadnych żeglarskich pojęć). Po 20 minutach dotarliśmy na miejsce i zacumowaliśmy (przywiązaliśmy) naszą łódkę do innych łódek z turystami. Potem lokalny rybak zadał jedno bardzo ważne pytanie:

CZY UMIECIE PŁYWAĆ?

Tak można się śmiać, ale Natalka stwierdziła, że nie ma co się wygłupiać na otwartym morzu i przyznała, że:

NIE ZA BARDZO

Bali. Podmorski świat

Bali. Podmorski świat

Jak się okazało Balijczycy i na tą okazję byli przygotowani. Pan Rybak zrzucił koło ratunkowe zrobione z rurek PCV i kolanek (jak w zlewie) i sam wskoczył do wody. Od razu muszę powiedzieć, że przyznanie się do słabego pływania pomogło nam bardzo. Wydaje mi się, że nie dalibyśmy sobie rady i nie zobaczylibyśmy tak dużo sami. Za rybakiem do wody wskoczył Tomek. Potem… potem Natalka próbowała zejść. Nie, nie wskoczyć, zejść. Tak, trochę mi zeszło. Na początku złapała mnie panika, bo jeszcze nigdy nie oddychałam z rurką. Nie mogłam się przyzwyczaić, że nos zupełnie tutaj nie bierze udziału w zabawie. Po chwili zaczęłam się przyzwyczajać. Tomek – doskonały pływak też nie umiał sobie poradzić, więc trochę mnie to pocieszało, że nie jestem kompletną ofiarą.  Po dłuższej chwili oboje złapaliśmy koło ratunkowe i pan Rybak zaczął płynąć. To znaczy zaczął nas ciągnąć. Machaliśmy tymi płetwami i machaliśmy, a mimo to staliśmy w miejscu. Co innego Balijczyk. On jakoś na przekór płynął. I ciągnął nas. A potem zobaczyliśmy te wszystkie piękne rzeczy pod wodą i przestaliśmy się przejmować naszą nieudolnością. Kolorowe rybki, skały, roślinność i żółw – ślicznie! Oczywiście narobiliśmy milion zdjęć. Po 45 minutach dopłynęliśmy z powrotem do łódki, żeby odpocząć – 10 minut. Szczerze powiedziawszy dużo więcej siły mi nie pozostało. Po kolejnych 45 minutach wgramoliliśmy się ledwo żywi z powrotem na łódkę. Szczęśliwi, że jednak nie mieliśmy pieniędzy na pięć godzin pływania. Dobiliśmy do brzegu, a pan Rybak mówi, że teraz musimy mu zapłacić – 300 tysięcy. Pewnie sobie doliczył za to ciągnięcie nas. I tu pojawił się problem, bo my tylko mieliśmy 270 tysięcy i 8 dolarów. Balijczyk nie mógł uwierzyć. Po pokazaniu obu pustych portfeli stanęło na 250 tysiącach i 3 dolarach. Zostaliśmy praktycznie bez pieniędzy.

Bali. Podmorski świat

Bali. Podmorski świat

Niezrażeni zupełnie tym faktem postanowiliśmy iść na tą piękną plażę 8 km stąd. Po 20 minutach stwierdziliśmy, że w sumie to bez sensu w tym upale tyle chodzić. Przejdziemy się tylko do tego skrawka piaszczystej plaży, który widzieliśmy z łódki. Przeszliśmy cała Candidasę, aż w końcu dotarliśmy do hotelu przy plaży. Nieśmiało zapytałam w barze czy możemy sobie na leżaczkach usiąść i ile to kosztuje. Ze zdziwieniem usłyszałam, że o tak za darmo można. Położyliśmy się oboje pod parasolkami. Tomek wdał się w dyskusje z lokalnym Balijczykiem na temat ruchu, turystów i snorkelingu, a ja poszłam popływać. Jako, że dosyć średnio mi to szło, a jeszcze w dodatku nie chciałam się za bardzo oddalać od brzegu na którym były ustawione łódki, to dosyć szybko mi się znudziło. Z powrotem wróciłam na leżak i zaczęłam się wygrzewać na słońcu. Po 15 minutach słońce zaczęło parzyć, więc z powrotem ukryłam się pod parasolką. Kątem oka popatrzyłam na Tomka. W tym momencie lekko nas olśniło – nie posmarowaliśmy się filtrem na ten snorkeling. Cóż, w zasadzie było za późno Tomek zmienił odcień z białego na kolor zarzynanego prosiaka.  Potem Natalka popatrzyła na siebie i doszła do wniosku, że wcale nie wygląda lepiej.  Definitywnie schowaliśmy się już w cieniu. Po kilku godzinach się zebraliśmy i wróciliśmy do centrum po drodze kupując za ostatnie pieniądze wodę. Dotarliśmy do agencji, w której kupiliśmy bilety i zaczęliśmy oczekiwanie na autobus. O 16tej nie przyjechał więc zaczęliśmy się trochę martwić. Okazało się, że autobusem jest stary minibus, który zawiezie nas na miejsce przesiadki. Stan techniczny pojazdu pozostawiał wiele do życzenia. Otwierając drzwi Tomek zahaczył nimi o chodnik. Kierowca się tym zupełnie nie przejął. Może to dlatego, że wyglądał na 14-16 lat. Po paru godzinach dotarliśmy z powrotem do Ubud. Zgodnie zaliczyliśmy dzień do udanych 😉

Zobacz galerię zdjęć z Bali na smieszynkaphoto.com