Podróż dookoła świata

Bangkok. Nic dodać. Nic ująć.

Pałac Królewski. Bangkok. Tajlandia
Pałac Królewski. Bangkok. Tajlandia
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

4.01

Dziś czekał nas cały dzień zwiedzania. Jako, że chcieliśmy zdążyć przed upałem (jakby to w ogóle było możliwe), postanowiliśmy ominąć śniadanie i  zacząć jak najwcześniej. Zaopatrzeni w hotelowe mapy ostro idziemy przed siebie udając, że drogę to już znamy. Minutę po wyjściu z naszej ulicy zatrzymuje nas jeden z lokalnych mówiąc, że idziemy w złym kierunku. Troszeczkę mu nie wierzyliśmy. Po pierwsze, naczytaliśmy się, że w Tajlandii to turystę się wykorzystuje i oszukuje. Po drugie, to tak na prawdę był nasz pierwszy dzień w Azji Południowo-Wschodniej i jeszcze nie do końca wiedzieliśmy jakie panują tu zwyczaje. Po trzecie, przecież ewidentnie na mapie widać, że idziemy w dobrą stronę! Pan generalnie nie dał się przekonać, że wiemy gdzie iść. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to jeden z nielicznych, który chciał nam pomóc nie oczekując za to żadnej zapłaty. W końcu daliśmy się przekonać i udaliśmy się we wskazanym kierunku. Po drodze zobaczyliśmy pierwszą z wielu świątyń buddyjskich dzisiejszego dnia. Zapamiętaliśmy ją bardzo dobrze, gdyż nie było w niej turystów. Za to byli modlący się Tajowie i my – z aparatami. W takich sytuacjach zawsze mnie zastanawia, jakbyśmy się zachowali, gdyby do nas przyjechały tłumy turystów i chodziły po kościele w trakcie mszy pstrykając zdjęcia. Nie wiem, czy Tajom nasze dwie marne osoby robiły jakąś różnicę. Mieliśmy raczej wrażenie, że nikt nie zwraca na nas uwagi.

Pięć minut później dotarliśmy do Pałacu Królewskiego. Tłum, tłum, i jeszcze raz tłum, ale tłum UBRANY. A my? A my oczywiście nie. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że pałac może być połączony z częścią sakralną. A ta wymaga odpowiedniego ubioru. Powrót na ulicę i szybkie pytanie co robimy. Jak wiadomo wszechświat nie lubi pustki, pustkę trzeba czymś zapełnić. Pałac nie może sobie pozwolić na jednego klienta mniej, bo ten zapomniał się ubrać. O nie! Po drugiej stronie ulicy możesz zakupić długie spodnie, długą spódnicę oraz narzutę. Oczywiście po cenie wyższej niż na innych, bardziej oddalonych straganach. Z drugiej strony widząc zmierzający do pałacu tłum, nie ma sensu szukać nic dalej. W szczególności, że pomogą Ci się nawet ubrać. Biznes to biznes. Po 10 minutach targowania Tomek został szczęśliwym nabywcą spodni w smoki, a ja zielonej przepaski robiącej za spódnicę. Szczęśliwi wracamy do środka. Robimy parę zdjęć z oddali i stajemy w kolejce po bilety. Wejście do całego kompleksu kosztuje bagatela 1000 bahtów na dwie osoby (112 PLN). Cena obejmuje również zwiedzanie Vinamnek – pałacu położonego na drugim końcu miasta, wykonanego w całości z drewna tekowego.

My i tłumy wraz z nami:

Pierwsza rzecz, którą zauważasz po wejściu na teren Pałacu Królewskiego to nie świątynie, o nie. Pierwsze co odczuwasz to gorąco…bardzo gorąco. Ubrani od stóp do głów, w tłumie turystów na otwartej przestrzeni piekliśmy się jak kurczaczki na rożnie. Złote dachy i kopuły odbijające światło jeszcze bardziej potęgowały to wrażenie, a była dopiero 10 rano. O samym kompleksie można powiedzieć – bogato, oj, bogato. Przepych, złoto, drogie kamienie oraz zdobienia robią właściwe na odwiedzającym wrażenie. 5 metrów od pałacu bieda, że aż piszczy, ale w środku POTĘGA. Dla tych co czytali kiedyś ‘Baśnie 1000 i jednej nocy’ to dokładne spełnienie wyobrażania bogactwa i jednoczesnej biedy zaraz obok. Słowa tego nie oddadzą, trzeba wstać z kanapy i jechać zobaczyć.

Zwiedzanie Pałacu razem ze świątynią Szmaragdowego Buddy zajęło nam dobre dwie godziny. Zmęczeni upałem i głodni jak cholera (bo przecież mieliśmy coś po drodze zjeść) zaczęliśmy szukać ulicznej knajpki. Udało nam się znaleźć coś mocno lokalnego. Takie miejsca zawsze charakteryzują się plastikowymi stołami nakrytymi ceratą w kratkę. Dużą ilością much. Brakiem menu w języku angielskim. Plus jesteś jedynym białym, na którego patrzą jakby postradał zmysły, że chce tutaj usiąść w tłumie lokalnych, przy stole nie pierwszej, ani nie drugiej czystości. A to właśnie tam podają najlepsze jedzenie.

Po pysznych sajgonkach wyruszyliśmy na poszukiwanie przeprawy przez rzekę. Wydawało nam się, że nie będzie to trudne. Wszakże po drugiej stronie znajduje się Wat Arun – jedna z bardziej znanych świątyń i tzw.’must see’. Nic bardziej mylnego. Na pierwszej przystani dowiedzieliśmy się, że to nie tu, ale TAM jest przeprawa. Przy czym “tam” nawiązywało do bliżej nieokreślonego machnięcia ręka w zupełnie innym kierunku. Przeszliśmy się w stronę “tam”, ale nie znaleźliśmy przystani. Na następnej przystani, która znaleźliśmy nie było przeprawy. Na pytanie gdzie jest, nikt nie potrafił nam odpowiedzieć. Z lekka zrezygnowani wróciliśmy z powrotem w stronę ulicy i wtedy podszedł do nas pewien bardzo miły człowiek. Mi od razu zapaliła się czerwona żaróweczka. To nie tak, że nie wierzę w dobroć ludzką. Tylko, w turystycznych miejscach ona w zasadzie nie istnieje. Tam jesteś ‘białym turystą’. Istotą jawiącą się jako worek pieniędzy bez dna oraz naiwną. W tym momencie trochę generalizuje, ale w 90% tak to właśnie wygląda. Wracając do super miłego pana, który z wielką powagą wysłuchał naszej opowieści, o przystani, której nie ma. Przejęty naszym losem, proponuje, że jego kolega co ma tuk-tuka (motoriksze), on nas tam zawiezie i tanio w dodatku. Tomek się skusił, mi coś śmierdziało, ale istotnie chciał od nas niewiele (10 baht = 1 PLN).  No to wsiedliśmy i pytamy, czy na pewno nas zabierze na prom. Po trzecim zapewnieniu,  prom, prom, tak, prom (w oryginale: ferry, yes, ferry, ferry) pojechaliśmy. Oczywiście ten nasz prom okazał się prywatną przystanią, z której odpływały łódki na godzinne rejsy po rzece ‘za wcale niewygórowaną’ cenę 1000 bahtów (112 PLN).

Przejażdżka tuk-tukiem – realia:

Zrezygnowani zaczęliśmy wracać z powrotem już na piechotę. Odwiedziliśmy po drodze jeszcze dwie przystanie i przy trzeciej dopiero trafiliśmy na dobre miejsce. Po godzinie szukania za 3 bahty udało nam się przeprawić na drugą stronę. Uszczęśliwieni tym niewątpliwym sukcesem zrobiliśmy przerwę na kawę i cokolwiek do picia, bo upał stawał się coraz bardziej nieznośny. Spostrzegliśmy, że dzięki bardzo utrudnionemu dostępowi do świątyni,  nie ma tam takich tłumów, jak w zasadzie wszędzie indziej. Założyliśmy swoje przepaski i ruszyliśmy po stromych schodach w górę. 30 minut później ledwo żywi od upału wróciliśmy z powrotem. Przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki i złapaliśmy tuk-tuka do pałacu z drewna tekowego. Ku naszemu rozczarowani akurat w ten dzień był zamknięty. Wróciliśmy z powrotem do hotelu z myślą, że utniemy sobie godzinną drzemkę, a po niej pójdziemy na basen. Zmęczenie jednak zadecydowało za nas. Przespaliśmy budziki i wstaliśmy 4 godziny później.

Było już ciemno, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy na szeroko reklamowany w każdym przewodniku targ (a właściwie jest to cała dzielnica) – Pat Pong. Próbowaliśmy znaleźć taksówkę z Khao San Road, ale jakoś stały same tuk-tuki, a te nie chciały nas zabrać aż tak daleko. Zaczęliśmy więc iść tak trochę przed siebie mając nadzieję, że coś będzie przejeżdżać. Jak na złość nic nie jechało oczywiście, ale dzięki temu zobaczyliśmy znaki na Golden Mountain (Złotą Górę). Jest to świątynia położona na wydaje mi się sztucznym wzniesieniu (równie dobrze może być też naturalne), a na jej szczycie znajduje się złota stupa buddyjska. O godzinie 19tej praktycznie w ogóle nie było turystów, a w zasadzie to już zamykali, więc nawet nie płaciliśmy za bilety wstępu. W drodze na szczyt zatrzymaliśmy się przy maleńkim wodospadzie, bo Tomek chciał zrobić zdjęcie. Tak się skupił na dobrym kadrowaniu, że nie zauważył pełznącego w jego stronę WIELKIEGO węża. Co to był za gatunek to nie mam pojęcia, mam nadzieję, że nie było to nic groźnego. W każdym bądź razie na czas ostrzegłam Tomka i uciekliśmy do góry. Na szczycie świątyni lokalni składali modły, a niedobitki turystów fotografowały widok Bangkoku nocą.

W końcu mnisi zaczęli już zamykać, a my zeszliśmy w dół i zaczęliśmy szukać taksówki. Po paru minutach udało nam się złapać jedną w bardzo rozsądnej cenie i pojechaliśmy do Pat Pong. Nie wiem czego się spodziewaliśmy, ale jakoś rozczarowała nas i dzielnica i targ. Po pierwsze było drogo, po drugie było dokładnie to samo co na Khao San Road, a po trzecie nie interesowały nas kluby ze striptizem. Wychwalane w przewodnikach tanie rolexy kosztowały 450 PLN i w zasadzie nie dało się targować. Po pół godzinie postanowiliśmy wrócić i tym razem również mieliśmy problem. Taksówki co prawda jeżdżą, ale cena jaką proponują zwala z nóg. Przy szóstej z kolei taksówce udało nam się stargować do bardziej przyzwoitej kwoty i wróciliśmy na naszą ulicę. Stwierdziliśmy, że dziś pójdziemy na posiłek do restauracji. Jedzenie było takie sobie. W zasadzie dużo lepsze sprzedawali na ulicy, ale posiedzieliśmy tam z dwie godziny, bo w końcu internet był dobrej jakości. Posprawdzaliśmy gdzie  jest miejsce odbioru naszych jutrzejszych biletów i stacja kolejowa oraz o której powinniśmy być wcześniej.

Bo jutro jedziemy do Laosu…


Zobacz galerię zdjęć z Tajlandii na smieszynkaphoto.com