Wypady weekendowe

Brecon Beacon

breacon beacon pen-y-fan
breacon beacon pen-y-fan
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

16-17 sierpnia

Czas start: 7ma rano. Cel dnia: zdobyć 4 najwyższe szczyty Brecon Beacon. Planowany czas przejścia: 2 godziny. Bez przesady, nie myślcie, że będziemy biec. Pen-y-Fan, najwyższa góra (czy tam wzniesienie) południowej Walii ma zaledwie 886 m. n.p.m. Niby nisko, niby blisko, a zeszło nam 7 godzin. Dlaczego?

Zaczęło się od jednej bardzo istotnej rzeczy – mapy. A właściwie orientacji w terenie. Wysiadłyśmy z auta nie sprawdzając parkingowej tabliczki z obrazem okolicy. Po co? Przecież mamy mapę, wiemy gdzie jesteśmy, a co najważniejsze wiemy gdzie iść. Po 400 metrach zgubiłyśmy się. Według tego co widziałyśmy dookoła nas, powinnyśmy iść do przodu i w lewo. Mapa definitywnie wskazywała do przodu i w prawo. I co zrobiłyśmy? Poszłyśmy do tyłu (!) i w lewo. Po parunastu metrach już kompletnie nic nam nie pasowało. Jako, że my już jesteśmy tym straconym pokoleniem smartfona, poratował nas GPS w telefonie. Ewidentnie wskazywał, że musimy się wrócić i na przełęczy iść w lewo. Tak też zrobiłyśmy. Przez całą drogę jednak miałam to dziwne przeczucie, że mapa jest ZŁA. Mapa, nie moja orientacja przecież.  Po półgodzinie trafiłyśmy na wydeptaną ścieżkę i już bez trudu trafiłyśmy na przełęcz. I tutaj pojawił się kolejny dylemat, czy iść w prawo czy w lewo? W prawdzie obok nas stało mnóstwo innych ludzi mających ten sam problem, jednakże nie skorzystałyśmy z okazji i nie zapytałyśmy o drogę. Przecież wiemy lepiej 😉 Mimo tego, iż rzeźba terenu wskazywała, że najwyższy szczyt jest po lewej, poszłyśmy znowu w prawo. Po 15 minutach znalazłyśmy się na Fan-y-Big (719 m n.p.m). Rozciągał się z niego widok na resztę grzbietu góry, coś przypominającego bieszczadzkie połoniny. Po sesji zdjęciowej i krótkim zastanowieniu się, poszłyśmy dalej szczytem, aż do końca grzbietu (ok. 45 min). Po 10 km postanowiłyśmy zawrócić i znów zejść na przełęcz, a stamtąd pójść w końcu w lewo. Godzinę później zaczęłyśmy podchodzić pod kolejny szczyt Cribyn (795 m n.p.m.). Lekko nas to zmęczyło, w szczególności, że Magda gnała jak opętana pod górę. Co jest lekko zrozumiałe, biega 5 razy w tygodniu. Z Cribyn na najwyższy szczyt Brecon Beacon – Pen-y-Fan zeszło nam kolejne 30 minut.  Na samym czubku wiało niesamowicie, toteż nie spędziłyśmy tam więcej niż 5 minut. Widoków za bardzo nie było. To znaczy były, ale za chmurami. A człowiek ma to do tego, że przez nie, nie za bardzo widzi. W szczególności, że zaczynało się robić już lekko ciemnawo i trochę straszyło deszczem. Na szczęście znalazłyśmy siłę i chęć na wdrapanie się na kolejny szczyt Corn Du (873 m.n.p.m.).  I tu doznałam olśnienia dlaczego mapa była zła. Pojawiło się pytanie:

– Magda, skąd wiedziałaś na którym parkingu zostawić samochód ?

Żeby mieć obraz pełnej sytuacji i powagi pytania, trzeba się wrócić trochę w czasie.

– – – – – – – – – – – – – – – – –

Plan przejścia 4 szczytów w Brecon powstał tydzień wcześniej, dokładnie w niedzielę. Wracałam akurat z tanga z Tomkiem i tak jakoś mi wpadło do głowy ‘A może by się tak wybrać w końcu gdzieś, skoro już tyle siedzę w domu (zaledwie miesiąc)”. Jako, że Tomek miał akurat wyjeżdżać do Stanów, złapałam za telefon i zadzwoniłam do Magdy.  Z Magdą, jak zawsze krótka piłka.

– Jedziesz w sobotę do Brecon Beacon?
– Jadę, tylko wyślij mi szczegóły. A czyim autem?
– Twoim.
– Ok.

Tym sposobem właśnie umówiłam się z Magdą.  Pod koniec tygodnia przesłałam jej naszą trasę – 4 szczyty w Brecon Beacon i nazwę kempingu. Dodatkowo kupiłam sobie mapę całego parku narodowego.  Dzwonię do Magdy, dwa dni wcześniej:

– Dostałaś linka?
– Tak, mam, sprawdziłam.
– A camping?
– Też.
– A wiesz jak dojechać na parking? [z pod którego miałyśmy zacząć trasę] – Tak, tak. Już go też sprawdziłam i wprowadziłam do gpsa. (Tutaj pojawiło się moje wielkie zdziwienie – skąd mogła wiedzieć gdzie jest parking, jak nie miała mapy? Z drugiej strony wujek Google wie wszystko, może tak do tego doszła).
– To o której w sobotę?
– o 7mej.
– Ok.

Brecon Beacon widok.

– – – – – – – – – – – – – – – – –

Wracając do pytania z kluczowej rozmowy:

– Magda, skąd wiedziałaś na którym parkingu zostawić samochód ?
– Przecież mi wysłałaś linka.
– Nic Ci nie wysyłałam. Wysłałam tylko trasę.
– No. I na niej były trzy parkingi zaznaczone. To sobie wybrałam jeden.

Oczywiście nie ten, z którego powinnyśmy były zacząć. Ale oczywiście to mapa była ZŁA! A jakże, nie my, nie gps, tylko mapa 😉

Koło 7mej doszłyśmy z powrotem do samochodu, już bez błądzenia. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili przed deszczem. Po kolejnej godzinie dotarłyśmy w końcu na kemping. Poniżej zamieszczam naszą trasę. Oczywiście parking był położony wzdłuż zielonej drogi 😉

Brecon Beacon trasa.

17 sierpnia

Nie nastawiłyśmy sobie budzików. Magda nie chciała. Jak się obudzimy to się obudzimy. Nie założyła, że ze mnie żaden ranny ptaszek i jak mogę to śpię to oporu. Wstałyśmy o 9tej, akurat zaczął wtedy padać deszcz. Przeczekałyśmy do 12tej układając w głowie plan, co by tu zrobić z resztą dnia. Na naszej ulubionej mapie, zobaczyłyśmy pozaznaczane wodospady. A mi coś w głowie świtało, że chyba ten park narodowy jest z nich dumny. Jedziemy zobaczyć. Jak zwykle zaplanowałyśmy trasę na dwie godziny 😉

Nauczone wczorajszym doświadczeniem, sprawdziłyśmy mapę na parkingu. Okazało się, że wodospadów jest trochę więcej niż myślałyśmy. Wciąż wydawało nam się, że mimo wszystko, wygląda to na krótką ścieżkę. Tak idziemy, idziemy, idziemy… i już wiemy, że to nie zajmie nam dwóch godzin. W końcu naszym oczom ukazał się pierwszy z wodospadów. Nie była to co prawda Niagara, ale miał jakiś swój niepowtarzalny urok. Nie zabawiłyśmy tam długo. Oblężenie było tak wielkie, że nie sposób było nawet zrobić zdjęcie bez turysty w tle. Przy kolejnym wodospadzie na szczęście tłumów już nie było. Urządziłyśmy sobie więc pełnoprawną sesję fotograficzną w sam raz na okładkę nowego VOGUE’a.  Przy następnym, powtórka z rozrywki (dlatego przywiozłam 600 zdjęć z tego wypadu). Przy okazji stwierdziłyśmy, co będziemy się wracać na ścieżkę skoro można sobie skrócić drogę. Przez 15 minut szłyśmy pod górę na przełaj, troszeczkę się wspinając. Wyszłyśmy na polankę pełną zdziwionych naszym widokiem ludzi. Chyba wszyscy myśleli, że po tamtej stronie jest skarpa (i może mieli troszkę racji). Czwarty z kolei wodospad w ogóle nie był jakkolwiek spektakularny więc nawet się nie zatrzymałyśmy.

Brecon Beacon wodospad.

Doszłyśmy w końcu do asfaltowej drogi, z której miało być odbicie na kolejny szlak. Oznaczenie było jednak fatalne. Co tu dużo mówić, znowu się zgubiłyśmy. Troszkę nam znowu gps pomógł, trochę mapa, a trochę podejmowanie irracjonalnych decyzji. Udało nam się w końcu dotrzeć do początku właściwej ścieżki coś koło 4tej po południu. Nie miałyśmy już za wiele czasu, ale akurat stamtąd nie było innej drogi do samochodu, jak właśnie ta na której byłyśmy. Tą częścią parku nie byłyśmy specjalnie zachwycone. Wodospady były takie sobie, niskie, i w zasadzie nie robiły żadnego wrażenia w porównaniu z tym co widziałyśmy parę godzin wcześniej. W zasadzie przebiegłyśmy tą część parku, nie zatrzymując się nawet na zdjęcia. Mniej więcej o 6tej z powrotem byłyśmy na parkingu. 5-minutowy odpoczynek i zebrałyśmy się do domu.

Zobacz galerię zdjęć z Wielkiej Brytanii na smieszynkaphoto.com