South Coast Path

Etap 6: Lyme Regis – Seaton- Sidmouth – Exmouth, 53 km

South Coast Path Cliff
South Coast Path Cliff
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

15 marzec

Całe życie w trasie, z plecakiem czyli podróże małe i duże. W ten weekend postanowiliśmy wypróbować namiot, śpiwory i maty w praktyce. Ambitnie wyznaczyliśmy sobie trasę na dwa dni ok. 50 km. Zakładaliśmy, że przecież będzie płasko… (nie było!)
Ale od początku, sobotni poranek i wschód słońca powitaliśmy już któryś raz z kolei w Weymouth. Już powoli znamy to miasto jak własną kieszeń. Z Weymouth, nasz ulubiony autobus X53 Jurrasic Coast po półtorej godziny dowiózł nas do miejsca startu Lyme Regis. Pełni zapału i energii zabraliśmy się w drogę. Przeszliśmy może z kilometr i powitał nas nasz ulubiony napis: ‘Ścieżka Zamknięta. Proszę skorzystać z autobusu’. No przecież nie po to wysiedliśmy z autobusu, żeby z powrotem do niego wsiąść! A poza tym już odjechał… a następny oczywiście za dwie godziny. Nie, nie, nie! Sprawdzamy powód zamknięcia, osuwający się klif. Po krótkim zastanowieniu, które można by podsumować krótko – ‘przecież aż tyle nie ważymy żeby miał się pod nami zapaść’, postanowiliśmy zignorować zakaz i iść dalej. 50 metrów później niezwykle uprzejma pani zwróciła nam uwagę, że ścieżka przecież jest zamknięta (to co ona na niej robi?!?!). Panią też zignorowaliśmy.

3 godzinna droga do naszego celu – Seaton generalnie biegła po lesie. Owszem były uskoki widoczne na ziemi, to staraliśmy się je omijać. Klif się pod nami nie osunął i myślę, że i nadal stoi jak stał. Przyznaję, że były dwa miejsca , gdzie rzeczywiście ścieżka mówiąc kolokwialnie sobie pojechała. Troszeczkę wspinaczki nie zaszkodziło. Nie mówię, że nam nie ulżyło jak wyszliśmy z zagrożonego rejonu;)

W Seaton przerwa na kawę i kawałek pizzy, a potem w drogę. Pod górę, i w dół, i pod górę, i w dół. Oj nachodziliśmy się nieźle. Według gpsu podczas całego dnia weszliśmy 1300m do góry i 1300m w dół. A dzień był dłuuuugiiiii. Nie wyprzedzając faktów, w Seaton znów trasa była zamknięta, tym razem zdecydowaliśmy się na obejście. I… mieliśmy racje. Tam niestety runął cały klif. Później zaczęły się wyżej wspomniane górki. Po jednej z nich natrafiliśmy na kawałek plaży z rzeczką, która przynajmniej mi ocaliła życie. Nie ma to jak po całym dniu zamoczyć stopki w lodowatej wodzie;) Niestety, że była już prawie 16.00 a my mówiąc brzydko wciąż byliśmy w czarnej …., musieliśmy ruszyć dalej.

Dotarliśmy do Sidmouth chwilę przed zachodem słońca. Wszystko było by pięknie, gdyby był to nasz punkt docelowy. Niestety nie był. Do campingu prowadziła pagórkowata trasa o długości 5km. Ja miałam już dość, 30 km, od 5 rano na nogach, cały czas po górkach… Ech, ale trzeba było iść. Uzbrojeni w czołówki wspięliśmy się na kolejny klif,. Później lasem i polami przy blasku księżyca doszliśmy do campingu 15 min przed zamknięciem recepcji;)
Pierwsze rozbijanie namiotu oczywiście po ciemku 😉 Udało nam się w 15 min rozłożyć wszystko, i padliśmy jak muchy….
Recenzja namiotu – troszkę mały, ale dało rade. W śpiworze Tomek się ugotował, mi w końcu było ciepło 😉 A maty…. a maty są niesamowite;)

16 marzec

Najbardziej znienawidzona czynność rano – składanie namiotu w dodatku mokrego. Po 30 minutach moich humorów (no nie mogę się przemóc żeby to robić z uśmiechem na ustach), ruszyliśmy dalej. Hmmm… ruszyliśmy, ładnie powiedziane. Powiedzmy to szczerze, to było coś na kształt chodzenia. Po wczorajszych 36 km dwie ofiary Tomek vel Odcisk i Natalia vel Kolano poczłapaly w stronę Exmouth. Dzisiaj założyliśmy sobie tylko 16km. Droga normalnie byłaby miła, łatwa i przyjemna. Bo i płasko, i szeroko i w zasadzie dałoby się to bardzo szybko przejść. Niestety nasz opłakany stan nie pozwolił na to. Już niewiele do siebie mówiliśmy, każdy sobie kontemplował własny ból, i starał się iść do przodu. W ogóle to czas też nas gonił, bo musieliśmy zdążyć na pociąg.

W całej tej ciszy i spokoju rzucały się w oczy dwie rzeczy, czerwone klify (tak inne od naszych białych) i wioski przyczep kempingowych czy bardziej karawan. Wolno stojące z gankami, plazma w środku, łazienką, i butlą z gazem na zewnątrz, za jedyne £12000. Wioski, z własnymi sklepami, barami, i oczywiście dostępem do plaży. Myśleliśmy czy dało by się takie coś w Polsce otworzyć, ale pewnie by było mnóstwo włamań. Drzwi takie liche są i brak systemów antywłamaniowych.

Ostatkiem sił dotarliśmy do Exmouth, stwierdzając, że niewiele się różni od Bournemouth. Z Exmouth pociągiem do Exeter i dalej do Salisbury. Spacerkiem z dworca kolejowego na autobusowy, przy okazji zwiedzając miasto. I kolejna godzina albo i więcej do Bournemouth.

Stan po weekendzie: Tomek nie może chodzić, Natalka kuśtyka 😉


Zobacz galerię zdjęć z Wielkiej Brytanii na smieszynkaphoto.com