South Coast Path

Etap 7: Dawlish – Torquay – Brixham – Dartmouth – Salcombe, 86.5 km

Port
Port
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

18 kwiecień
Dawlish – Teignmouth – Torquay – Paignton – Brixham, 34 km

Tym razem nam się udało. Zero pociągów, zero autobusów, przesiadek i czekania. Tym razem, dzięki uprzejmości znajomych po dwugodzinnej przejażdżce byliśmy na miejscu naszego startu. Teoretycznie powinniśmy zacząć tam gdzie skończyliśmy, ale… powiedzmy sobie szczerze, troszkę oszukaliśmy. Ominięty odcinek ciągnął się 15 km wzdłuż rzeki, potem przejście mostem i 15km z powrotem. Uznaliśmy, ze rzeka nie jest jakoś na tyle fascynująca, żeby na jej obejście poświęcić cały dzień.
Zaczęliśmy w Dawlish o 10 rano. Słonko już ładnie świeciło, nic tylko iść. Trasa na dziś w najkrótszej wersji miała 27,5 km, w najdłuższej 35km. Wyszło, co wyszło, jak zwykle coś innego, ale o tym później.
Po pierwszych 6km dotarliśmy do Teignmouth. Tam wsiedliśmy na prom, na którym poznaliśmy kobietę, na oko 60-letnią, która widząc nasze mapy, postanowiła się podzielić faktem, iż ona również zrobiła Coast Path. Tylko zajęło jej to kilka lat 😉 Nie mamy tyle czasu!
Po promie… miało być płasko. Oczywiście nie było. Po południu udało nam się dojść do granic Torquay. Jako, że droga przed nami jeszcze długa była, a nikt z nas nie jest szczególnym miłośnikiem asfaltu, złapaliśmy autobus do centrum. Torquay jest dosyć dużym miastem, które w zasadzie łączy się od razu z Paignton. Między nimi biegnie długa na parę kilometrów promenada nad brzegiem morza. Promenady też jakoś do nas nie przemawiają 😉 Tak, kolejny autobus do centrum Paignton. Wiem, wiem, oszukaliśmy już totalnie. Jedyne usprawiedliwienie jakie mamy, to to, że było już późno, a przed nami wciąż dobre 10, jak nie więcej, kilometrów do przejścia przed zachodem słońca.
W Paignton postanowiliśmy się zapytać o najkrótszą drogę do plaży. Z pomoca przyszedl pan Stefan. Pan Stefan, widać że nie po pierwszym już, wytłumaczył nam trzykrotnie jak dojść, i co koniecznie musimy zobaczyć po drodze. Złożył również obietnice, że nas dogoni i potowarzyszy później. Obietnicy danej dotrzymał. Spotkał nas dwa kilometry dalej. Twierdzę więc, że nie pokazał nam najkrótszej trasy. Wracając jednak do pana Stefana, w ciągu kolejnych paru kilometrów poznaliśmy historię jego życia, miejsca pracy, hobby, trasę koncertową jego syna, oraz prawdziwe imię – Mike. Wydaję mi się, ze Stefan bardziej pasowało. W każdym bądź razie bardzo się przejął, kiedy wyjaśniliśmy gdzie chcemy iść. Trasę pokazywał jeszcze ze 3 razy, chociaż była widoczna gołym okiem. Nie mówiąc już o mapach, które mieliśmy w plecaku. Miło z jego strony, jednakże zwalniał nas niesamowicie w wędrówce, co chwile przystając i pokazując wybrzeże. Na szczęście odłączył się pod koniec promenady w Paignton.
Kolejna część trasy Paignton – Brixham zleciała nam szybko. Same Brixham bardzo ładne, chyba trochę ujął mnie Banksy na samym wejściu do mariny. W centrum zrobiliśmy trzy podejścia do kupienia piwa, nie udało nam się w końcu podjąć decyzji jakie chcemy. Bez piwa wiec dotarliśmy na camping, który oczywiście był zamknięty.
Na szczęście udało się zadzwonić, i zarezerwować miejsce, choć Pani była bardzo zdziwiona, ze doszliśmy tam na nogach. Pieniądze wsadziliśmy następnego dnia pod drzwi biura.
Co jest najfajniejszego w tych kempingach? Po całym dniu, jesteś tak zmęczony, że padasz. Siadasz na ziemi, patrzysz w górę, a tam milion gwiazd. Wokół Ciebie cisza i spokój, obok Ciebie najwspanialszy mężczyzna na świecie. Jesteście gdzieś na końcu świata i tak naprawdę w tym momencie nic innego nie ma znaczenia. Tylko Ty i On i gwiazdy nad Wami.

19 kwiecień
Brixham – Dartmouth – Slapton, 28.5 km

Jedno oko, drugie oko, powoli się budzimy. Szybkie sprawdzenie co boli przed wstawaniem. Boli… wszystko! Nie ma wyboru, trzeba iść, kolejne 28 km. Pośladki i uda aż krzyczą. Ramiona w ogóle nie chcą ze mną rozmawiać. Połowa moich mięśni jest na mnie obrażona i odmawia współpracy. Przekonuje je, że jednak warto wstać i iść dalej.
Ładnie sobie rano wymyśliliśmy, że zrobimy przystanek na dłuższe śniadanie w Dartmouth, bo to przecież 6 km po prostej. Dojdziemy za półtorej godziny. Nie wiem kto to patrzył na tą mapę, ale perfidnie nas okłamał. Nie dość, ze nie 6km a 12, i to jeszcze po górkach, dosyć wysokich. Udało nam się tam dojść dopiero na 12 w południe.
Samo Dartmouth śliczne, niesamowicie śliczne. Bajkowe miasteczko położone nad zatoką, z setką małych łódeczek, jachcików i innych jednostek pływających. Dostępu do zatoki bronił zamek, którego z braku czasu nie zdążyliśmy zwiedzić.
Zaraz za wzgórzem zamkowym zgubiliśmy drogę i ładnie skróciliśmy asfaltem przejście do Stoke Fleming. Po dwóch godzinach dotarliśmy do zatoki z plażą i kawiarnią. W końcu upragniona przerwa. Nie śpieszyliśmy się bardzo, czasu jak się jednak okazało mieliśmy dużo. Przed nami było tylko jedno wielkie wzgórze, a później prosty, płaski asfalt przez parę kilometrów.
Tym razem udało nam się dotrzeć do kempingu przed zamknięciem 😉 I nawet rozbić namiot przed zmrokiem. Następnego dnia planowaliśmy wstać bardzo wcześnie rano, żeby zdążyć przed deszczem.

20 kwiecień
Slapton – Torcross – Salcombe, 24 km

Dziś wstaliśmy bardzo wcześnie. Pobudka 5.50 rano. Bardzo chcieliśmy zdążyć przed deszczem. Czasami jednak po prostu się nie da. Udało nam się przejść pierwsze 10 km bez kropli na ubraniu. A później… a później deszcz padał poziomo. Tak, pierwszy raz to widziałam. Nie było przyjemnie, a wszystko to w miejscu zwanym Start Point (Punkt Startu). To jest właśnie dla mnie jakaś dziwna logika. Dlaczego ustawiać start point w 1/3 trasy? Nie zrozumiem tego bardziej niż deszczu w poziomie.

W zasadzie od tego miejsca padało już do końca naszej wycieczki. A szkoda. Akurat ten odcinek biegł przez 20 km bez żadnego miasta. Trzy domy widzieliśmy po drodze. I uwaga, uwaga, w końcu było w miarę płasko. Tzn. ścieżka biegła mniej więcej na tej samej wysokości, bo akurat klify były bardzo wysokie. Krajobrazowo przypominało to szczyty w Snowdonii (dla tych, którzy znają Anglię) lub w Tatrach (dla tych, co znają polskie góry). Po lewej skaliste klify, po prawej morze. Malutkie zatoczki wciśnięte w poszarpane skały. Jeden chyba z najładniejszych odcinków do tej pory.
Po 15 km już mieliśmy trochę dość, zaczęliśmy wypatrywać końca naszej wędrówki – Salcombe. Już za tym klifem a potem za następnym, i za kolejnym, a każdy miał być już ostatnim.
Kompletnie przemoczeni, ale bardzo szczęśliwi dotarliśmy do końca naszej wyprawy o 15.30. Jednym ciągiem robiąc właściwie całą trasę. Nie odpoczywaliśmy, bo jak tu odpocząć na deszczu. Szybkim krokiem zmierzaliśmy do suchego ciepełka salcombskiej restauracji. Nota bene, w tym małym miasteczku są tylko 3, słownie trzy!, restauracje, i dwie z nich akurat były pełne tego dnia. W trzeciej udało nam się wypatrzyć jeden stolik, przy którym spędziliśmy kolejne 3 godziny czekając na znajomych, którzy z powrotem mieli nas podrzucić do domu.

Bilans wycieczki – 3 dni – 86.5 km i… wciąż żyjemy i mamy się dobrze;)

South Coast Path do tej pory: ok. 330 km


Zobacz galerię zdjęć z Wielkiej Brytanii na smieszynkaphoto.com