GR20 Korsyka

GR 20 – Etap 1 Calenzana – Refuge de Ortu di u Piobbu

GR20 Etap 1
GR20 Etap 1
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

Dziś wstaliśmy o nieludzkiej porze – piątej rano. Myśleliśmy, że będziemy jednymi osobami na szlaku… A tu wielka niespodzianka. Wstaliśmy w zasadzie za późno! O 5 rano na kempingu zaroiło się od ludzi jak w ulu. Największym faux pas jest bowiem wstanie o 6 rano. Ci co wychodzą jeszcze później chyba w ogóle są napiętnowani. My zebraliśmy się z naszą zwykłą prędkością zwaną półtorej godziny. Nie wiemy dlaczego ale nigdy nam się nie udało zejść poniżej. Myślę, że ma to związek z faktem, iż mózg Śmieszynki o tej porze zwyczajnie jeszcze nie pracuje. Dlaczego musieliśmy wstać tak wcześnie? Tak naprawde przyczyn jest kilka, najważniejsza z nich to zdążyć przed upałem. Średnio się idzie z wielkim plecakiem w 30 stopniach.

6.30 jesteśmy już na trasie, mijamy naszego ulubionego SPARA i zaczyna się szlak. Podobno dzisiaj najgorszy dzień, mamy się wspiąć z 200 m n.p.m. do 1500. Pełni zapału maszerujemy pod górę. Widoki przepiękne, w oddali widać Calvi, w którym byliśmy wczoraj. Pierwsze dwie godziny po prostu śmignęliśmy. Ja wciąż myślę, że była to zasługa naszych butów. Zdecydowaliśmy, że zamiast ubierać te ciężkie, ciepłe trekkingowe buty wybierzemy raczej nasze ukochane podejściówki, niziutkie, z dziurkami przez które jakby był wiatr to byśmy mieli przewiew. Generalnie jesteśmy z nich tak zadowoleni, że gdzieś tu później napiszę ich pełną recenzje, bo są warte polecenia.

Po 2 godzinach zaczął się scrambling do góry. Co to jest scrambling? To jest takie ładne określenie na wspinanie się po skałach przy użyciu rąk czyli już tak brzydko mówiąc zaczyna się zabawa na czworakach. A tak poważnie, to po prostu trzeba się troche podeprzeć, podciągnąć i generalnie trochę bardziej uważać, gdzie się stawia nogę. W polskich warunkach trochę scramblingu jest przy przejściu Orlej Perci w Tatrach. Wydaję mi się, że nie ma na to polskiej nazwy bo jest to tylko na tym jednym szlaku. Choć może być jeszcze na podejściu na Rysy, ale nigdy nie byłam to nie wiem. W każdym bądź razie nasz odcinek jakoś specjalnie trudny technicznie nie był, za to fizycznie troszkę nas zmęczył, w końcu mieliśmy jakieś 2 km pod górę w litej skale. Po dotarciu do przełęczy, trasa zmieniła swój charakter na znowu bardziej sielankowy.

Cały etap według znaczków na szlaku powinien trwać 6h 30 min. My zrobiliśmy to 15 min krócej. Dotarliśmy do schroniska coś koło 13tej. I tu pojawiło się nasze wielkie zaskoczenie. Myśleliśmy, bardzo z resztą błędnie, że obiad/lunch jakkolwiek by się to nie nazywało, je się mniej więcej w południe. Doprawdy nie wiem dlaczego tak myśleliśmy. Na Korsyce, w szczególności na tym szlaku, jakikolwiek posiłek jest podawany po godzinie 18tej. Przed nami właśnie rozpostarła się wizja bezsensownego czekania pięciu godzin na coś ciepłego do jedzenia. Jak by zabić ten czas? Rozłożyliśmy namiot, spróbowaliśmy się umyć pod lodowatym prysznicem, zrobiliśmy pranie… I minęły dwie godziny. My, ani kart, ani nic, siedzimy, lezymy, siedzimy, nuda jak cholera. Po pół godzinie przyszedł deszcz. Schowaliśmy się do środka chatki i czekamy, godzinę, półtorej. Z nudów głodni kupiliśmy piwo. Przestało padać, i wtedy zauważyliśmy, że miejsce pod namiot wybraliśmy mocno średnie. Pod namiotem zrobił się dołek, a tam zebrała się woda. Zaczęliśmy ją wychlapywać i wtedy podszedł do nas pewien mądry człowiek dając radę z której tylko częściowo skorzystaliśmy. Powiedział nam, że trzeba wykopać rów odwadniający z każdej strony namiotu. Wykopaliśmy tylko z jednej, tam gdzie było najwięcej wody. Bo po co kopać na około? Tak, przejechaliśmy się na tym naszym lenistwie pare godzin później, strasznie żałując, że jednak tego nie zrobiliśmy.

W końcu nastał czas kolacji! Co przewiduje menu na dzisiaj? Zupę, bez smaku z 4 (słownie: czterema!) nitkami makaronu, soczewicę z paroma kawałkami kiełbasy, oraz ciasto w stylu babka piaskowa. Nie można powiedzieć, że się nie najedliśmy biorąc po dwie dokładki. Niestety przy stole razem z nami siedzieli sami Francuzi, jedna osoba znala angielski, więc za bardzo sobie nie porozmawialiśmy. Generalnie w grupie, która wyszła rano z Calenzany przeważali chyba sami Francuzi, a było tam około 70-80 osób. Podobo czerwiec nie jest sezonem na GR20, więc się zastanawialiśmy się gdzie Ci wszyscy ludzie się mieszczą jak jest na przykład szczyt sezonu? Schronisko co prawda oferuje miejsca noclegowe ale jest ich zaledwie cos około 30tu, a wyglądaja tak źle, że noc na zewnątrz wydaje się przyjemniejsza.

Myśleliśmy, że to już koniec dzisiejszego dnia, słońce zaszło, wszyscy pochowali się do namiotów, a my ułożyliśmy się do spania o niezwykłej porze 8.30 wieczorem. Nic bardziej mylnego… Pół godziny później zaczęła się najgorsza burza w moim życiu. Grzmiało, błyskało, lało jak z cebra. Błysk za błyskiem a my skuleni w tym małym namiociku, szczękamy zębami ze strachu. Nagle grzmot i błysk naraz, gdzieś blisko, bardzo blisko. No powiem, że akurat tej nocy nie było fajnie. Burza skończyła się na szczęście koło 10tej. Wyszliśmy na zewnątrz oszacować starty. Namiot vs deszcz 0:1. W tym właśnie momencie dowiedzieliśmy się dlaczego rów miał biec dookoła. Coż, człowiek uczy się na błędach. W swietle czołówki zaczęliśmy mozolnie kopać. Udało nam się odprowadzić całą wodę, niemniej jednak podłoga namiotu była już przemoczona.

W końcu udało nam się zasnąć, ale wiedzieliśmy, że nie wstaniemy już wcześnie rano.

GR20 Korsyka niwelacje

Zobacz galerię zdjęć z Fracji na smieszynkaphoto.com