GR20 Korsyka

GR20 Etap 2: Refuge de Ortu di u Piobbu – Refuge de Carozzu

Refuge de Ortu di u Piobbu / Refuge de Carozzu
Refuge de Ortu di u Piobbu / Refuge de Carozzu
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

15 czerwiec 2014

Wstaliśmy o 6 rano czyli jak na warunki korsykańskie bardzo późno.  Ponieważ cały namiot był przemoczony, zebranie się do drogi zajęło nam ponad dwie godziny. Pogoda, hmm… pogoda nie była zachęcająca. Od rana zbierały się chmury. I właśnie dzisiaj zrobiliśmy najgłupszą rzecz na świecie. Mianowicie jak te głupie owce poszliśmy za tłumem. Do dzisiaj nie wiem. Po prostu tego dnia kompletnie wyłączyło nam się myślenie. Pęd za stadem wziął górę i poszliśmy.  Dlaczego wszyscy wyszli pomimo niesprzyjających warunków? Już tłumaczę.

GR20 to jeden z najpopularniejszych szlaków górskich we Francji. Razem z nami tego dnia nocowało ok. 70-100 osób. Ogólną liczbę ciężko stwierdzić, bo tylko część zamawiała kolację (a tak obliczyłam liczbę 70).  Generalnie na szlaku panuje tłok, a jeszcze większy w schronisku. Nawet miejsce na namiot ciężko znaleźć. Żeby temu zaradzić Francuzi wprowadzili system rezerwacji online, na łóżka w schronisku, oraz na wypożyczone namioty. W związku z tym większość ludzi musi codziennie wyjść i dojść do miejsca docelowego. Inaczej stracą miejsce, a nie da się zmienić terminu. W szczególności, że codziennie zaczyna szlak mniej więcej taka sama liczba osób. Nie zważając na warunki w górach oni muszą iść i co gorsza idą! Wszyscy co prawda mają bardzo dobry sprzęt i są przygotowani na różne ewentualności, jednak według mnie, wciąż trochę brakuje im wyobraźni. Nie ma co się długo rozwodzić nad Francuzami, tak czy tak, tego dnia wina ewidentnie była nasza. Podjęliśmy decyzję, żeby wyjść i w zasadzie ten dzień bardzo zaważył na całej naszej wyprawie.

Wracając do pogody, zbierało się na burzę. Od razu założyliśmy wysokie buty trekkingowe i ruszyliśmy.  Po godzinie zaczęło padać, a niedługo później usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Nie było nam za bardzo do śmiechu, bo akurat w tym czasie byliśmy na totalnie otwartej przestrzeni. W zasięgu wzroku mieliśmy tylko wzgórze z gołoborzem.  Teraz dla tych co się nie orientują w temacie od razu wyjaśnię, że pierwsza rzecz którą powinieneś/powinnaś zrobić w górach w trakcie burzy to uciec z otwartej przestrzeni, najlepiej w dolinę.  Dla nas ta opcja była nieco niedostępna.

To jednak i tak było nic w porównaniu z tym co czekało nas później.  W końcu udało nam się wyjść na przełęcz, troszkę się rozpogodziło. Nawet kurtki udało nam się na chwilę zdjąć. W zasadzie pół godziny później założyliśmy je z powrotem.  Gorzej, że wtedy już szliśmy samą granią. Nie było nam za wesoło, gdyż skały zrobiły się mokre, nie było łancuchów, a przepaści wokół jak na życzenie. Zaraz się rozpoczął scrambling po śliskich ścianach skalnych i tak się trochę zaczęliśmy bać.  Na trzęsących się nogach doszliśmy do kolejnej przełęczy. Tak sobie myślimy, eee to już blisko, tylko dwie godzinki do schroniska, juz cały czas będziemy schodzić, najgorsze za nami… Nie mogliśmy się bardziej mylić. W tym momencie zaczął padać grad! Powiem krótko, ten odcinek naprawdę jest łatwy jak jest sucho. Problem zaczyna się w momencie, gdy te niewidoczne na codzień malutkie strumyczki zamieniają się w rwące rzeki. Tym bardziej, że te rzeki płyną po szlaku.

Strasznie uważając, gonieni przez burzę zaczęliśmy schodzić w dół.  Nawet to jakoś nam szło, aż do wodospadu. Przeszliśmy do połowy rzeki, i zaczęliśmy się zastanawiać jak się przeprawić przez drugą jej część. Ponieważ cały czas padało zaczęło zalewać drogą z której przyszliśmy. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy się wrócić w tej sekundzie, bo w następnej zostaniemy uwięzieni i zalani przez rzekę. I tak staliśmy na brzegu z piętnastoma innymi osobami myśląc jak to przejść.  W końcu jednemu z turystów udało się przeskoczyć po krzakach na drugą stronę. Zdjął plecak i zaczął pomagać przeprawić się reszcie. Oczywiście Śmieszynka była pierwszą osobą, która doświadczyła przecudownej kąpieli w wodospadzie.  W dodatku pociągnęłam za sobą turystę. Udało mu się wyjść z powrotem na brzeg i mnie wyciągnąć.  Takich rzek do przeprawy po drodzę mieliśmy jeszcze ze trzy. Najgorsza była ostatnia, zaraz przed schroniskiem. Trzeba było przeskoczyć 5 wielkich głazów, śliskich, w rzece, z 15 kg plecakiem… Łatwizna… Zabieraliśmy się za to dobre 20 minut. Udało się.  Ludzie za nami generalnie mieli już łatwiej, gdyż pół godziny później obsługa schroniska zawiesiła jakąś linę do przytrzymania się.

Totalnie mokrzy, i tu nie przesadzam, nawet bieliznę mieliśmy mokrą, dotarliśmy do schroniska wypełnionego po brzegi.  Miejsca na podłodze – brak. To wzięliśmy się za rozbijanie naszego i tak niezbyt suchego namiotu.  W szczególności że miejsca kempingowe w zasadzie były już wyczerpane. Po tej niezwykle cudownej, jak na panujące warunki, czynności wróciliśmy do środka, by w smrodku i ciemności doczekać kolacji.  Dzisiaj w menu zupa bez smaku plus 4 nitki makaronu, makaron z makaronem i makaronem dla odmiany, plus odrobinka sosu oraz pyszne ciasto czekoladowe.  Wieczorkiem przejaśniło się w końcu na tyle, że zobaczyliśmy gdzie jesteśmy.  Plan na następny dzień – pobudka o 6 rano i w drogę!


Na zakończenie, podsumowanie dnia przez Tomka.

GR20 Korsyka niwelacje.

Zobacz galerię zdjęć z Fracji na smieszynkaphoto.com