Podróż dookoła świata

Gra w klasy czyli co można robić na lotnisku czekając na samolot…

Praga lotnisko
Praga lotnisko
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

30.12

Wstałam po 12h snu, a raczej to budzik brutalnie wyrwał mnie z krainy snu. Tomek wciąż jeszcze pozostawał nieświadomy otaczającego go świata. Dalej też męczyła go wysoka gorączka. Nie pozostało mi nic innego jak zostawić go leżącego w łóżku i samej iść pozwiedzać. Pamiętając o wczorajszej temperaturze na zewnątrz ubrałam wszystko co miałam na siebie. Pożyczyłam od Tomka czapkę oraz rękawiczki i wybrałam się w stronę mostu Karola. Na całe szczęście nasz hotel był położony niecałe 15 minut od punktu dzisiejszej wycieczki. Nie pomogło to za wiele. Po 10 minutach tak zmarzłam, że niebardzo chciałam nawet wyciągać aparat.  Minus osiem robi jednak swoje, gdy się nie jest przygotowanym. Przemogłam się i zrobiłam pare zdjęć widoku na Hradczany. Przy okazji założyłam koszulkę z Mszaną Dolną i poprosiłam jakąś miłą panią o pomoc w wykonaniu fotografii. Wciąż uważam, że trzeba mieć dłuższe ręce do ‘selfie’.

Po kolejnych paru minutach znalazłam się na moście Karola, na którym gęstość zaludnienia wynosiła 10 turystów na metr kwadratowy.  Niemniej jednak pogoda była cudowna i most prezentował się bardzo okazale. Bardzo chciałam zwiedzić jeszcze starówkę, ale trochę czas mnie gonił. Zdecydowałam, że wrócę tu kiedyś, kiedy temperatura będzie przynajmniej dodatnia. Zmierzając z powrotem do hotelu wymieniłam jeszcze pieniądze, bo wczoraj wszystko wydałam. Co mnie najbardziej zdziwiło to fakt, iż Czesi muszą płacić podatek bądź opłatę od wymiany waluty.

W hotelu Tomek powoli budził się po 16 godzinnym śnie. Wciąż nie czuł się za dobrze, ale przynajmniej trochę kontaktował. Nie było jednak wyjścia, trzeba było się zebrać. Mieliśmy zamiar dostać się na lotnisko specjalnym autobusem, jednak w hotelu powiedzieli nam, że istnieje tańszy sposób. Wystarczyło pojechać linią metra B do końca w stronę Zlicina, a następnie autobusem numer 100 bezpośrednio już na lotnisko. Cała podróż trwała niecałą godzinę. Praski port zaskoczył nas na plus swoją archtekturą. Po raz pierwszy chyba widziałam tyle otwartej przestrzeni i wolnego miejsca niezatłoczonego sklepami ‘duty free’, w których i tak nikt nie kupuje. Zamiast tego na podłodze znalazła się duża ‘gra w klasy’, naturalnej wielkości szachy czy ‘chińczyk’ z kostką, która była na tyle duża, że trzeba było ją kopać.

Przylecieliśmy do Rzymu około godziny 20tej. Było troszkę cieplej, w prawdzie temperatura podskoczyła o 10 stopni do plus dwóch, my jednak nie poczuliśmy tego. Z lotniska odebrał nas pan z hotelu, z którym wcześniej mailowo to ustaliliśmy. Daleko nie było, zaledwie 10 km. Następnego dnia mieliśmy lot do Mediolanu wcześnie rano toteż nie chcieliśmy daleko dojeżdżać. Plan był taki, żeby jakoś na szybko podskoczyć pod Koloseum, zrobić sobie zdjęcie i wrócić przed północą. Niestety stan Tomka nie rokował dobrze na takie wyprawy. Szczerze powiedziawszy oboje marzyliśmy o ciepłym hotelu i prysznicu. Nie mogliśmy się bardziej zawieść. Jak weszliśmy do pokoju otwarte na oścież okno już podpowiedziało nam, że lekko nie będzie. Ustawiliśmy ogrzewanie na 30 stopni i czekamy… Mmm nic się nie dzieje. Doszliśmy do wniosku, że może jak pójdziemy coś zjeść i wrócimy to coś się polepszy. Wybraliśmy się do pierwszej otwartej pizzerni. Znów poczuliśmy prawdziwy smak włoskiej pizzy. Od razu przypomniał nam się nasz krótki pobyt w Livorno pół roku wcześniej. Cena naszego dnia również poprawiła nam humor…. do czasu. Do czasu kiedy przyszło nam zapłacić rachunek. Wyobraźcie sobie, że obie pizze kosztowały po 8 euro, rachunek opiewał natomiast na kwotę 24 euro. Jak to możliwe? Nie wiemy, ale bardzo nam się nie chciało kłócić o jego wysokość. Zniechęceni wróciliśmy do hotelu, gdzie niestety wciąż było zimno. W paru warstwach ubrań położyliśmy się spać. Ogrzewanie huczało, a Tomka dalej męczyła gorączka. Mieliśmy nadzieję, że jutro będzie lepiej…


Zobacz galerię zdjęć z Włoch na smieszynkaphoto.com