Podróż dookoła świata

Kuala Lumpur tranzytem

Petronas Towers. Kuala Lumpur
Petronas Towers. Kuala Lumpur
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

26/01 – 27/01

Po raz kolejny wylądowaliśmy w Kuala Lumpur. Po raz kolejny lotnisko wydało nam się zupełnie dziwne. A trzeba przyznać, że trochę lotnisk się naoglądaliśmy. Na żadnym z nich nie widzieliśmy ludzi koczujących w wielkich grupach przed bramkami. Siedzących, patrzących, czekających nie wiadomo na co. Wciąż jest dla nas zagadką – co oni tak właściwie tam robili? Czym prędzej chcieliśmy się wydostać z tego dziwnego miejsca. Jeszcze tylko skanowanie plecaków na cle i udało się. Jesteśmy w Kuala Lumpur. Od razu przy wyjściu zauważyliśmy autobus do centrum. Po zapłaceniu 10 MYR (ok. 10zł.) rozgościliśmy się na ostatnich siedzeniach autobusu przypominającego czasy PRLu 😉 Dużo ładniejszy pociąg też był opcją – jednak dużo droższą. 60 km dalej wysiedliśmy na głównej stacji w Kuala Lumpur. Wszystko wyglądało tak jakoś dziwnie… europejsko. Po kilku tygodniach w Azji poczuliśmy się niemal jak w domu. Szybko połapaliśmy się w komunikacji miejskiej i wsiedliśmy we właściwą kolejkę miejską w stronę naszego hotelu.

Petronas Towers, Kuala Lumpur

Petronas Towers, Kuala Lumpur

Dzisiaj mieliśmy bowiem najbardziej wypasiony hotel podczas całej naszej wyprawy. Poczuliśmy się dosyć królewsko śpiąc w 5 gwiazdkowym Hiltonie z widokiem na miasto (nie ma to jak zbierać punkty lojalnościowe!). Dodatkowo jakoś zupełnie przypadkiem dostaliśmy dostęp do baru z balkonem na 32 pietrze. Widok oczywiście na Petronas Tower. Nie omieszkaliśmy tam jak najszybciej pognać i porobić zdjęcia. Na oko stwierdziliśmy, że muszą być niedaleko także zebraliśmy się dosyć szybko i poszliśmy w tamtą stronę. W poniedziałki zamknięte. Pech chciał że akurat był poniedziałek i w dodatku nasz jedyny dzień w Kuala Lumpur. Obeszliśmy więc obie wieże dookoła i trochę okolicę. Już wcześniej w hotelu dopytaliśmy się o dzielnicę ze sklepami i marketem, po krótkim spojrzeniu na mapę, podążyliśmy w tamtym kierunku. Gdy dotarliśmy na miejsce zrozumieliśmy jaką pomyłkę popełniliśmy. Przez całą podróż spaliśmy w hotelach, powiedzmy szczerze, mało gwiazdkowych (o ile w ogóle je posiadały). Recepcjoniści tychże hoteli zwykle kierowali nas na bazary z podróbkami albo tanimi rzeczami. Nie pomyśleliśmy, że recepcjonista z Hiltona, zapytany o sklepy wyśle nas na ulice z Armanim, Guccim i innym Versace 🙂 Takim sposobem znaleźliśmy się w dzielnicy luksusowych sklepów, którą wyglądała jak żywcem przejęta z europejskich dużych miast.

Chińska dzielnica, Kuala Lumpur

Chińska dzielnica, Kuala Lumpur

Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nic tam po nas. Wsiedliśmy w kolejkę i podjechaliśmy do chińskiej dzielnicy. Przekrój społeczny w komunikacji miejskiej lekko nas zadziwił. Obok siebie jechały muzułmanki w chustach grubo obwieszone złotem, mężczyzna narodowości azjatyckiej z wielkim rubinem na palcu oraz menel i paru bezdomnych. Do tego jeszcze my. W dzielnicy chińskiej poczuliśmy się w końcu normalnie. No prawie. Sklepiki jak wszędzie w Azji, targowanie jak zawsze, tylko ten szczur przebiegający przez chodnik lekko psuł efekt. Szczur i muzułmanki, którym nie podobała się moja sukienka. Czułam cały czas na sobie wzrok kobiet.

Czas wyjeżdżać…

Monorail. Kuala Lumpur

Monorail. Kuala Lumpur

Następny dzień trwał trzydzieści parę godzin. Był to najdłuższy wtorek jaki kiedykolwiek przeżyliśmy. Wszystko zaczęło się o poranku. Zebraliśmy się na kolejkę do Central Station, a potem kolejną linią dojechaliśmy do KLIA (lotnisko). Bardzo chcieliśmy zrobić aktualizację naszego statusu i lecieć trochę lepszą klasą do Los Angeles. Po dwóch rozmowach w różnych okienkach skierowano nas do biura Air France – niestety nikogo nie było. Trudno. Pierwsze cztery godziny loty spędziliśmy na pokładzie China Southern, gdzie był totalny zakaz używania telefonów. Wylądowaliśmy w Guan Zho, mieście tak zanieczyszczonym, że nawet słońca nie widać. Pojawiło się dziwne uczucie lądowania na innej planecie. Odprawa poszła bardzo szybko, bez problemu i bez wizy przepuścili nas dalej (tak, tak zaczęliśmy się nad tą wizą w samolocie zastanawiać). Po paru godzinach wraz 400 innymi osobami weszliśmy na pokład Airbusa. Przez 12h lecieliśmy jak sardynki w puszce wraz z panem Hindusem, który coś się tam darł przed nami. Nie zrozumieliśmy dlaczego i na kogo. Obsługa chyba też nie. Lot dłużył się niemiłosiernie, jako że już byliśmy na nogach ponad 24h. W końcu wylądowaliśmy, po to tylko by stanąć w mega wielkiej kolejce do imigracji. Witamy w USA. A co się stało z Pani paszportem? Wykąpał się w Mekongu. Aha. Stempel przybity. Idziemy po samochód. Standardowa gadka, że jesteśmy w podróży poślubnej i czy możemy dostać coś lepszego. W zasadzie nie trzeba było długo przekonywać, miły pan stwierdził, żebyśmy sobie wybrali co chcemy. Wybór Tomka padł na najmniejsze auto na parkingu – Chevrolet. Dlaczego? Nie wiem, do tej pory myślę, że po prostu za długo lecieliśmy. Wsiedliśmy do środka jak do gokarta i wyruszyliśmy w stronę Miasta Aniołów.

Wciąż był wtorek…

Zobacz galerię zdjęć z Kuala Lumpur na smieszynkaphoto.com