Podróż dookoła świata

LA, baby!

Los Angeles
Los Angeles
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

28/01

Wczoraj po bardzo długim dniu w podróży zasypiając łóżko wciąż leciało z nami. Po 5 godzinach snu przebudziliśmy się znowu. Nie wiedząc nawet w której strefie czasowej nasz organizm jest w tej chwili. Toaleta wciąż się chwiała jak we wnętrzu samolotu. Nie było dobrze. Niestety nasze umysły już nie chciały dalej spać. Próbowaliśmy je przekonać na wszelkie sposoby, że lepiej by było jeszcze na chwilę się zdrzemnąć. Nic z tego. 6:00, no zaśnij w końcu. 6:10, przewrót z boku na bok. 6:15, śpisz? 6:18, ja już nie zasnę. 6:20, idziemy oglądnąć wschód słońca? Co prawda do wschodu słońca było 20 minut więc i tak byśmy nie zdążyli, ale jak to mówi stare chińskie przysłowie: “Kto rano wstaje…”

Los Angeles. Sunrise

Los Angeles. Wschód słońca

Zebraliśmy się szybko. GPS wyliczył nam godzinę drogi do punktu obserwacyjnego. W międzyczasie utknęliśmy w porannym korku. Zdążyliśmy zjeść wczorajszą pizze i popić Colą. Bardzo zdrowe amerykańskie śniadanie. Przy okazji słuchaliśmy najbardziej niedorzecznej audycji radiowej. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że czegoś takiego na pewno nie puściliby ani w polskim ani w angielskim radiu. Audycja zaczyna się telefonem od słuchaczki, która stwierdza, że obecnie we wszystkich kosmetykach jest dodatek zwany urea. Co gorsza, Pani sprawdziła sobie w internecie co to takiego jest i dowiedziała się, że ów składnik to po prostu mocznik. Po tym stwierdzeniu rozgorzała dyskusja na temat “jak bardzo obleśne jest korzystanie z takich kosmetyków”. 15 minut później zadzwoniła inna słuchaczka i opowiadała o niesamowitych właściwościach maseczki na twarz zrobionej ze… spermy. Temat podchwyciły inne słuchaczki i od tego momentu, co chwilę któraś zgłaszała się z własną historią magicznych właściwości maseczki. Gdy temat przycichł prowadzący wyskoczyli z ogłoszeniem dotyczącym wykonania odlewu pupy w czekoladzie. Następnie zaczęli czytać wszystkie nadesłane odpowiedzi. Ot, ciekawe historie, gdy stoisz w korku do pracy. Dzień jak co dzień w Los Angeles.

W końcu dojechaliśmy do naszego punktu obserwacyjnego w Runyon Canyon. Okazało się, że to zupełnie mało turystyczne miejsce. Oprócz nas, cała reszta albo biegała albo wyprowadzała psy. Z resztą nie dziwię się braku turystów, by podziwiać widok czekał nas 20 minutowy spacer pod górę. Brak windy odstrasza większość ludzi. Wysiłek wynagrodziła nam wspaniała panorama budzącego się Los Angeles. Po dosyć długiej sesji zdjęciowej zaczęliśmy schodzić w dół. Czas na bulwar Hollywood.

Kodak Theatre.

Kodak Theatre.

Idąc po alei gwiazd już na wstępie zahaczył nas pan z płytami CD. Wsadził nam jedną do ręki mówiąc, że on kiedyś będzie sławny, więc teraz już rozdaje swoje nagrania. Ucieszyliśmy się jak dziecko. Nawet dedykację nam wypisał. A potem… płać Pan, płać… Nabraliśmy się jak pierwsi naiwni 😉 Tomek zaczął tłumaczyć, że dopiero co przylecieliśmy i nie zdążyliśmy jeszcze wybrać pieniędzy. Oddaliśmy czym prędzej płytę z powrotem. Powoli też zaczęliśmy się oddalać od bardzo-sławnego-w-przyszłości pana. Skupiliśmy się na szukaniu znanych gwiazd. Po bardzo długim spacerze w obie strony znaleźliśmy m.in. Marylin Monroe, Sylwestra Stallone, Walta Disneya, Max Factora, Bruce Lee a także Królewnę Śnieżkę:)

Hollywood.

Hollywood.

Jeszcze wczoraj w Azji krzyczeli – tuk tuk, sir, tuk tuk. A dzisiaj wycieczka autobusem, sir, wycieczka do Hollywood. Chcesz podjechać pod domy sławnych gwiazd? Pojechać na plan filmowy? Helikopterem przelecieć się nad największymi posiadłościami? Tylko u nas. Tanio. Szybko. Przyjemnie.  Nie zwlekaj. W turystycznych miejscach chyba zawsze jest tak samo. Handel nie zna próżni. Wycieczki za bardzo nas nie interesowały z racji tego, że mieliśmy tylko dzisiejszy dzień na zwiedzenie wszystkiego. Program był bardzo upakowany. Po dwugodzinnym obchodzie wracając już do samochodu wstąpiliśmy na kawę do Starbucksa. Poprosiliśmy o standardową kawę. Dostaliśmy jak na europejskie standardy bardzo dużą (XL). Zaczęliśmy się zastanawiać jak w takim razie wygląda duża kawa w Ameryce…

Beverly Hills.

Beverly Hills.

Następnym punktem programu było znalezienie znaku Hollywood. We wszystkich przewodnikach pisało, że nie da się dojechać, bo od dosyć dawna dostęp jest zamknięty. Ale jak to się nie da… Da się przecież… Skręciliśmy w jakąś bardzo krętą uliczkę i podjechaliśmy na tyle, żeby zrobić zdjęcie. Potem udaliśmy się w stronę Beverly Hills. Mała rundka wokół bardzo drogich domów, zakończona przejażdżką przez Rodeo Drive – ulicę z najbardziej ekskluzywnymi sklepami.

Godzinę później znaleźliśmy się na Venice Beach. Powitało nas amerykańską… biedą. Przeszliśmy się wzdłuż promenadą na której co chwilę pojawiali się bezdomni. Oprócz nich byli także ludzie żebrzący o pieniądze na marihuanę, jedzenie i hotel. Dokładnie w takiej kolejności. Naprzeciwko nich znajdowały się lokale, w których co jakiś czas wisiała kartka z napisem “Help needed” (potrzebna pomoc). Wzdłuż promenady co jakiś czas artyści uliczni prezentowali swoje różnorakie prace. Nad wszystkim unosił się zapach palonego zioła. Co 100 metrów znajdowały się gabinety tzw. zielonych lekarzy (green doctors). Kalifornia jako pierwsza zalegalizowała marihuanę do użytku leczniczego, a w celu zakupu trzeba przedstawić receptę.  Zagęszczenie lekarzy na metr kwadratowy większe niż w jakimkolwiek szpitalu. Podobno dosyć dochodowy interes. Jak podają statystki w tym roku podatek ze sprzedaży marihuany w Kalifornii przekroczył dwukrotnie wartość podatku od sprzedaży alkoholu. Istotnie nie widzieliśmy nikogo z alkoholem na plaży.

Santa Monica. Kalifornia

Santa Monica. Kalifornia

Generalnie chcieliśmy dojść do Santa Monica, żeby zobaczyć wesołe miasteczko na molu. Po krótkiej burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że nie damy radę przed zachodem słońca tam dotrzeć. Wróciliśmy do samochodu i spróbowaliśmy podjechać. Niestety nigdzie nie mogliśmy zaparkować. Zrezygnowani pojechaliśmy w stronę Malibu. Jedziemy… jedziemy.. jedziemy… Gdzie ta plaża? Wydawało nam się, że to tak blisko, a okazało się zupełnie dalej. W końcu udało nam się dojechać na sam zachód słońca. Porobiliśmy zdjęcia póki było jasno i z powrotem zaczęliśmy wracać do hotelu. Wybraliśmy wariant – ulicą luksusowych domów, o których zawsze opowiadają w filmach. Rzeczywiście było o czym opowiadać, mimo, że oglądaliśmy je już w zupełnych ciemnościach. W końcu wyjechaliśmy na autostradę w stronę hotelu i utknęliśmy w gigantycznym korku. Tylko jeden pas był wolny – tzw. pas do carpoolingu czyli przewozu osób. W naszych umysłach przewóz osób istniał od co najmniej 4 sztuk. Posłusznie więc staliśmy w korku. Pół godziny i 300 metrów dalej zobaczyliśmy tablicę, że w USA carpooling to min. 2 osoby. Z niedowierzaniem rozglądamy się w około. Same auta z kierowcami tylko. Nie zastanawiając się długo wskoczyliśmy na wolny pas i ominęliśmy wszystkie korki. Lekko wykończenie dotarliśmy do hotelu i padliśmy na twarz. Jutro wracamy do domu!

 Zobacz galerię zdjęć z Los Angeles na smieszynkaphoto.com