Chiny Tybet Nepal Bhutan Indie

Lhasa: dzień 1

Tybet, Lhasa
Tybet, Lhasa
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

Kolejny dzień w pociągu.

Spostrzeżenia na dzisiaj:
Jeśli bardzo chcesz, możesz nauczyć się liczyć po chińsku:-) najszybciej z kolegami na papierosie. Tablet ze słownikiem też bardzo pomaga. Zasób słownictwa zwiększył się do wyrażenia ‘po ile to jest’ oraz do liczenia do stu. Nieźle jak na parę godzin.

Spostrzeżenie numer dwa. Najlepiej na dużych wysokościach czują się palacze, którzy dodatkowo biorą Accard. Dalej mi nic nie jest po chińskich specyfikach. Aczkolwiek druga cześć grupy, która je brała czuje się tragicznie. Pozostała cześć osób, która bierze diuramid odczuwa skutki uboczne leku. Czyli jednak jakimś sposobem mamy wydolniejsze płuca.

Zmiana czasu aż tak bardzo nie jest przeze mnie odczuwana. Wydaje mi się że jest to skutek mojego pracowania na 3 różne zmiany. W związku z tym obudziłam się dziś o 6 rano. Wschód słońca na Wyżynie Tybetańskiej – bezcenne. I mniej więcej od tej pory Natalka siedziała przyklejona z nosem do szyby. Jak tylko zobaczyłam Himalaje – uśmiech totalny. Siedzący koło mnie Chińczyk popatrzył w moja stronę, uśmiechnął się i widziałam w jego oczach całkowite zrozumienie. Widoki… Nie da się opisać, trzeba po prostu zobaczyć. Zdjęcia robione przez szybę pociągu nawet w połowie nie oddają piękna tamtejszego obszaru. Bezkres, totalny dziki bezkres, ledwo zamieszkały, z górami widocznymi na horyzoncie. Niesamowite, co Matka Natura potrafiła zrobić. I na tej wielkiej nieprzychylnej równinie od czasu do czasu można spotkać siedziby ludzkie. Zupełnie niegościnny teren z ludźmi, którzy prawdopodobnie byli na tyle twardzi i elastyczni,  że potrafili dostosować się do tych trudnych warunków. Zaskakująco było widać dużo namiotów. Ciekawe czy nie jest im zimno w nocy . Namioty to takie szmaciaki jak jeszcze w PRLu sprzedawali. Czasem pojawiały się niskie parterowe domy z zagrodami, obok których suszyły się odchody jaków, na opał.

Bliżej Lhasy wszystkie domy mają wywieszone flagi chińskie. Na początku myślałam, że to po prostu chińscy osadnicy, których zwerbował rząd, by przewyższyć liczebnie ludność tybetańską. Wyjaśniono mi jednak, że to po prostu jest zrobione pod ludzi, którzy jadą pociągiem. Chiny ponad wszystko. Tak samo bardzo często widziałam jak ludzie pracujący przy torach, albo widzący przejeżdżający pociąg, zatrzymują się i salutują. Może salutują republice, a może chińskiemu geniuszowi. Wszakże kolej tybetańska to jeden z cudów techniki. Większa cześć trasy jest położona na terenach wiecznej zmarzliny. Pociąg wznosi się na wysokość 5000 mnpm. Tak, to już czuć. W wagonach już od 3200 m n.p.m. tłoczony jest tlen. Oczywiście nie we wszystkich. Zaobserwowaliśmy dysze jedynie w klasie pierwszej i drugiej ( wagony z kuszetkami). W klasie ostatniej,  gdzie zamiast kuszetek są normalne siedzenia (44h na siedząco!) i w której chyba było najwięcej ludzi, dysz nie stwierdziliśmy. Cześć z tych osób wyglądała na Tybetańczyków, wiec pewnie byli przyzwyczajeni. Aczkolwiek grupa SWAT pewnie bardziej pod trening wydolności korzystała z tego przedziału. Zastanawiało mnie również jak małe dzieci sobie radzą. Widziałam dwójkę może pół rocznych dzieciaków w naszym przedziale. Widocznie się da.

Po 44h bardzo czyści i pachnący wysiadamy na kolosalnym dworcu w Lhasie, gdzie od razu przemiły pan policjant sprawdza nasze pozwolenia. Obcokrajowcy nie mogą sami wyjść z dworca, muszą być odprowadzeni przez policje do miejscowego przewodnika, który stoi zaraz za bramkami. Stolica Tybetu robi wrażenie bardzo nowoczesnej. Budynki ze szkła i kamienia nijak nie komponują się z otaczającymi górami. Ta cześć zwana Nową Lhasą została wybudowana niedawno. Bardzo łatwo odczuć ten kolosalny powiew chińskiej myśli budowlanej.

Powietrze, ach powietrze. W miejscu położonym ponad 3500 m n.p.m. myślałam ze będzie gorzej. A ono jest takie lekkie, ostre i suche. Coś trochę jak w naszych Tatrach na szczytach. 68% tlenu odczuwa się tylko przez pierwsza godzinę, bo mniej więcej tyle się pamięta że tu jest inaczej. No chyba, że zaczniesz biec, wtedy… wtedy, przypominasz sobie bardzo szybko.

Zaraz po zameldowaniu, szybki prysznic i na miasto. Przeszłyśmy zatłoczonymi ulicami, buszując wśród bazarów. Na koniec wizyta w restauracji, pierożki momo z mięsem (nie wiem jakim, nie smakowało jak nic co znam) i herbata masala (obrzydliwa).


Zobacz galerię zdjęć z Tybetu na smieszynkaphoto.com