Chiny Tybet Nepal Bhutan Indie

Lhasa: dzień 2

Tybet, siedzący ludzie
Tybet, siedzący ludzie
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

Pobudka 4.48, wciąż jeszcze trwa proces adaptacji… Ale dzięki temu jeszcze nadążam z blogiem.

Dzisiaj na pierwszy rzut poszedł Uniwersytet Tybetański, położony na 3750 m n.p.m. Pierwsze, co uderza to obecność kamer. Są na każdym kroku i sprawdzają czy przypadkiem nie rozmawiasz z mnichami. Im też za bardzo nie można robić zdjęć. Uniwersytet to tak naprawdę klasztor ze świątyniami i zabudową spełniającą funkcję gospodarczą. Okiem kompletnego laika wygląda to mniej więcej tak:
Wchodzisz do świątyni,  za Tobą napiera tłum, starych i młodych, w każdym bądź razie, przepychających się ludzi. Nieopodal wejścia siedzi mnich przy stoliku, na którym są porozrzucane pieniądze. On je segreguje, na co przychodzi tłum. Coś mu zabiera, coś dorzuca. Kompletny chaos. Wyjaśniono mi, ze ludzie rozmieniają u niego pieniądze na ofiarę. On je stara się mniej więcej segregować i jakaś tam nadwyżkę zabiera. Po co? Wyjaśnię nieco później. Po bitwie o drobne, Tybetańczycy z termosami z olejem z jaka, bądź z siatkami z masłem (również jaka, a właściwie “jak” to osobnik męski, wiec z niego za bardzo pożytku nie ma, żeńska wersja zwie się di) okrążają świątynie zgodnie ze wskazówkami zegara, zatrzymując się przy każdym ołtarzu. Ołtarz składa się posagu buddy, skrzyneczki na pieniądze oraz ze świecznika. Do skrzyneczki wkłada się oczywiście pieniążki, a do świecznika dolewa oleju z termosu, bądź dosypuje masła. W jednej sali jest średnio 5 ołtarzy, sal naliczyłam z 10. Dlatego tyle drobnych. A teraz po co tyle pieniędzy? Po pierwsze okoliczna ludność w taki sposób utrzymuje mnichów, których państwo chińskie chciałoby się najchętniej pozbyć. Po drugie Ci mnisi podtrzymują tybetańską tradycje, którą tak bardzo chce wyprzeć rząd. Po trzecie wszystko kosztuje. A klasztor trzeba malować co roku, gdyż promienie UV plus śnieg sprawiają, że farba znika.

Pałac Dalaj Lamy
To tak naprawdę kompleks pałacowy, składający się z wielu budynków. Każdy z nich przeznaczony był dla innego Dalaj Lamy. Szczerze powiedziawszy nie różnił się znacząco w środku od wcześniej zwiedzanego uniwersytetu. Mimo zajmowanej przez Lamów pozycji społecznej wyposażenie jest bardzo skromne. Po pałacu przyszedł czas na zwiedzanie siedziby mniszek. Jeszcze bardziej skromna. I mniszki nie chciały dać sobie zdjęć zrobić.

Ulice Lhasy
Ulice Lhasy to totalna rzeź. Nie wiem czy stosują się do sygnalizacji świetlnej. W każdym bądź razie przejście przez ulice okazuje się nie lada wyczynem. Trzeba mieć oczy ze wszystkich stron, bo oni tylko czekają, żeby Cię przejechać. Nie dziwi też nikogo widok przechodzących krów na 6cio-pasmówce rano o 9tej. Nikogo oprócz nas. No bo jak, ścisłe centrum, samochodów od cholery, wszystko jedzie jak chce i jeszcze te krowy? Ale widać dla Tybetańczyków to widok powszedni.
Na ulicach miasta kwitnie handel. Jest dużo pamiątek, odzieży trekkingowej, ziół, bransoletek, torebek, co tylko chcesz. I właśnie tutaj Śmieszynka poczuła się we własnym żywiole. Targowanie, targowanie i jeszcze raz targowanie. Na migi, z grymasami na twarzy, prychaniem, słowami “no, no, no”, kalkulatorem, scenami odchodzenia, braku zainteresowania, prawie zupełnie bez słów. Dzisiaj tak właśnie udało mi się kupić bransoletkę z czerwonego kamienia. Sprzedawca proponował 90 yuanów (45zl), ja nie chciałam dać więcej niż 8 (4zl). W efekcie bransoletka poszła za 10 yuanów. Duże spostrzeżenie, nigdy, ale to nigdy nie targować się perfekcyjnym angielskim, im gorszy akcent tym lepiej, im mniej słów to jeszcze fajniej, a już najlepiej targować się po polsku. Wtedy obie strony są równe, i jedna i druga się nie rozumie, nikt nie czuje się gorszy, można robić ‘deal’.

Temat wyczekiwany – jedzenie.
Dzisiaj właśnie byliśmy na kolacji z tradycyjnymi daniami tybetańskimi. Skosztowaliśmy stek z jaka, pierożki z jaka, potrawkę z jaka oraz herbatę z masłem jaka. Tak ‘jak’ jest tu absolutną podstawą. Smakuje trochę jak wołowina. Dla mnie generalnie było dobre. Herbata przypominała europejską bawarkę. Oprócz tego na stole pojawiły się kulki zbożowe, które zazwyczaj mnisi jak i polowa Tybetu nie mieszkająca w mieście, je na śniadanie. Na pierwszy rzut smaku, jak nasze płatki jęczmienne tylko trochę bardziej zbite. Wszystko to podawane było z duża ilością warzyw. Kuchnia tybetańska w moim odczuciu sprawia wrażenie zdrowej i lekkiej. Przynajmniej mój układ trawienny działa lepiej niż w Anglii. Tak, tak dołączę zdjęcia, a właściwie zrobi to Tomek w wolnym czasie, gdyż ja nie jestem w stanie ich tu umieszczać.


Zobacz galerię zdjęć z Tybetu na smieszynkaphoto.com