Autostopem na Mont Blanc

Livorno – Piza

Piza, Krzywa Wieża
Piza, Krzywa Wieża
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

20 czerwiec 2014

Dzisiaj w końcu stopujemy! Rześcy i wypoczęci wyruszyliśmy na poszukiwanie drogi na Pizę. Tutaj popełniliśmy pierwszy błąd, nie sprawdziliśmy na mapie gdzie ona jest. Zobaczyliśmy wczoraj jakieś znaki na autostradę i po prostu postanowiliśmy za nimi iść. Niestety wybraliśmy trasę przez port, który ciągnął się dobre 5 km. Zajęło nam ponad godzinę dojść na pierwszą stację benzynową. Nie mniej jednak podczas tej wędrówki padło jedno bardzo istotne pytanie zadane przez Tomka. Mianowicie: ‘Natalia, a jak się łapie stopa?”. Odpowiedź “Hmmm, nie wiem, nigdy nie łapałam” nie za bardzo mu się spodobała, gdyż drugie zdanie brzmiało mniej więcej tak: “Coooo? To Ty mnie namówiłaś na przejechanie całych Włoch a nie wiesz jak to się robi?!?!?”. Tak sobie pomyślałam, że przecież to nie może być trudne. W każdym bądź razie kiedy już sobie wytłumaczyliśmy podstawy naszej wiedzy i umiejętności, dotarliśmy na tą stację, gdzie za wczorajszą radą Ulci kupiliśmy mapę. Próbowaliśmy się jeszcze dowiedzieć po której stronie mamy sobie stanąć, na migi i łamanym angielskim dowiedzieliśmy się, że musimy jakiś most przejść.  Ta opcja za bardzo nam się nie spodobała, gdyż nie było tam chodnika. Postanowiliśmy iść dalej 500 m do kolejnej stacji po drugiej stronie drogi. Jako, że po drodze nie było żadnego sklepu, nie posiadaliśmy ani kawałeczka kartonu na którym można by było napisać cel naszej podróży. Z pomocą przyszła tekturka od nowo zakupionej mapy.  Na odwrocie napisałam “Piza” i z uśmiechem stanęliśmy razem na wylocie ze stacji.  I… nic…

Tomek stwierdził, że nie będziemy przecież stać jak te ciołki. Trzeba się zapytać! Generalnie wszyscy kręcili głowami, aż w końcu ktoś życzliwy powiedział nam, że tą drogą generalnie na Pizę się nie jeździ.  Jednak trzeba przejść przez ten most. Wróciliśmy, tylko po to żeby stwierdzić, że to nie do końca jest dobry pomysł. Ale i tak to zrobiliśmy lądując prawie, że na autostradzie. Teraz byliśmy już mocno wystraszeni. Stwierdziliśmy, że definitywnie musimy iść z powrotem do miasta, tyle że inną drogą. Na szczęście dla nas, jakieś 700 m dalej znajdowała się kolejna stacja benzynowa. Znowu schemat się powtórzył, uśmiech + tabliczka – i… nic… W końcu Tomek mówi: “Idź się kogoś popytać czy nas nie weźmie”. Na co Śmieszynka twierdzi, że… się wstydzi! Nie ma kiedy tylko teraz, jak musimy jechać. Mała dziewczynka się odezwała w niej i koniec. Bywa, i tak czasami.

Tomek na szczęście stanął na wysokości zadania. Podszedł do pani w białym samochodzie i zapytał czy nas nie weźmie. Kobieta z początku niechętna pomysłowi, w końcu stwierdziła, że może nas podrzucić do miasta obok, Pirenne,  skąd odjeżdżają podmiejskie autobusy za 1,2 euro. Mega ucieszeni wpakowaliśmy się do samochodu – nasz pierwszy stop! To nic, że przejechaliśmy 15 km;) W każdym bądź razie pani widząc jakie z nas ciamajdy podrzuciła nas najpierw do kiosku ruchu, kupiła bilety (nawet je dla nas rozdzieliła!) i pokazała, gdzie jest przystanek. Uznaliśmy wspólnie, że musimy wyglądać jak sieroty.  Ale, ale, ale od czegoś trzeba było zacząć!

Autobus jechał na tyle długo, że prawie przegapiliśmy końcowy przystanek. Jakaś starsza pani zwróciła nam uwagę, że to już “FINITO” i pokazała, że trzeba wysiąść. Tak, jesteśmy w Pizie! Pierwsza rzecz do zrobienia – informacja turystyczna. W ogóle podczas tej całej wycieczki przekonaliśmy się jak bardzo takie punkty są potrzebne. Nie dość, że zawsze dają darmową mapę, to jeszcze tłumaczą w którym autobus wsiąść, gdzie jest przystanek itd. Strasznie ułatwia to życie. Kemping, który sobie wczoraj znaleźliśmy znajdował się ok. 800 m  od Krzywej Wieży, a że ta, wyobraźcie sobie, nie jest ustawiona w centrum miasta,  podjechaliśmy kolejnym autobusem. Zawsze w nowym miejscu jest to uczucie niepewności, gdzie wysiąść. Tu nie mieliśmy problemu. Jakiś miły pan zaczął krzyczeć na pół autobusu “TORRE, TORRE”. Chyba wieża, nie? Wysiadamy.  To jeszcze nie był czas na zwiedzanie. Najpierw chcieliśmy rozstawić namiot. Po 20 minutach (bo jeszcze znaleźliśmy pierwszy we Włoszech supermarket) dotarliśmy na pole i ku naszemu zdziwieniu na recepcji pracował Polak. Doprawdy nie wiem dlaczego mamy jeszcze taką reakcję, skoro udało się Polakom skolonizować pół Europy. W końcu sami jesteśmy na emigracji.

Wracając do Pizy i jej największej atrakcji turystycznej Krzywej Wieży, udało nam się wraz z tłumem turystów popatrzyć na ową wspaniałość. Drodzy Państwo, z dumą stwierdzamy, że Krzywa Wieża jest naprawdę… krzywa. Jak to się dzieje, że jeszcze stoi, do końca nie wiemy. Próbowaliśmy podtrzymywać czego efekty skutecznie odczuła Śmieszynka następnego dnia.  Niby tego odchylenia nie jest dużo (ok. 4 stopnie), ale sprawia to niesamowite wrażenie. Może dlatego, że cały kompleks: dzwonnica (nasza wieża), katedra i baptysterium jest położone na Placu Cudów? Oprócz wyżej wymienionych atrakcji, Piza to również małe urocze uliczki i klimatyczne bulwary, fragmenty murów obronnych i forteca. Jedyną zmorą miasta są wszędzie-będący Senegalczycy z rolexami i każdym innym dziadostwem. Mimo wielkich tłumów jest jakoś tak cicho i spokojnie, pełna sielanka. Generalnie miasto bardzo nam się spodobało. Tak bardzo, że postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień leniuchując. Może dlatego, że w końcu dopisała nam pogoda, a kemping miał basen? Nie wiemy, ale atmosfera Pizy przekonała nas, że warto jeszcze spędzić tu jeden dzień.


Zobacz galerię zdjęć z Włoch na smieszynkaphoto.com