Podróż dookoła świata

Łódką do Siem Reap

Kambodża. Pływająca wioska na rzece Tonle Sap
Kambodża. Pływająca wioska na rzece Tonle Sap
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

16.01

Kambodża. Pływające wioski

Kambodża. Pływające wioski

Dziś płyniemy skoro świt do Siem Reap. Bilety kupiliśmy dwa dni wcześniej w hotelu. Zazwyczaj tego nie robimy, ale przeszliśmy wszystkie agencje podróży na miejscu i wszędzie cena była ta sama. A w hotelu dodawali jeszcze transport do przystani. Łódka teoretycznie odpływała o 6.30. Dziesięć minut przed czasem wciąż staliśmy przed hotelem i szukaliśmy wzrokiem kogoś kto nas zabierze. Lekko się już zaniepokoiliśmy, bo nawet nie sprawdziliśmy wczoraj, skąd odpływamy. Na szczęście chwilę później pojawił się zapakowany bus na 9 osób. Przejechaliśmy jeszcze 200 metrów i dosiadły się kolejne 2 osoby. W środku znajdowało się w tym momencie 12 osób z plecakami (całe szczęście, że wszyscy byli nieco wychudzeni). Po przyjeździe na miejsce poinstruowano nas, że trzeba odebrać bilety w biurze. Była 6.27. Pędem ruszyliśmy do środka. Tam pan kierownik zapytał czy życzymy sobie tuk tuka z przystani do Siem Reap za 5$. Po przeczytaniu dużej ilości blogów oraz różnych przewodników, gdzie wszyscy zachwalali ten sposób (bo jest taniej), zgodziliśmy się i my. Zapewniono nas, że ktoś będzie na nas czekać z karteczką z naszymi imionami. Full wypas.

Kambodża. Brzeg rzeki Tonle Sap

Kambodża. Brzeg rzeki Tonle Sap

Coś po 6.30 weszliśmy na pokład. Z początku byłam lekko zawiedziona. Myślałam, że łódka będzie otwarta i będzie można podziwiać widoki. Niestety przed nami stała wielka blaszana puszka. Na dachu usadowiło się już parę osób. Więcej miejsca nie było. Weszliśmy do środka. 80 miejsc, a każde ponumerowane. Idziemy na swoje. Ktoś już tam siedzi. Bardzo ładnie wyprosiliśmy Niemkę na swoje miejsce. Najpierw zrobiła awanturę, że to nie różnica gdzie kto siedzi. Później jak ją przekonaliśmy, że każdy bilet jest numerowany i siedzenie również i na pewno miało to jakiś cel, to przesiadła się obok. 3 minuty później kolejne osoby przeprowadzały z nią tą samą rozmowę. Niektórzy się nigdy nie nauczą. Gdy łódka zapełniła się w całości wyruszyliśmy (7:45). I wtedy doszłam do wniosku, że blaszana puszka nie jest taka zła. Nie bardzo wierzyliśmy nazwie Speedboat (szybka łódź), ale rzeczywiście płynęliśmy bardzo szybko (50km/h). Zaczęłam współczuć wszystkim na zewnątrz. Bez dobrego windstoppera było bardzo zimno.

Kambodża. Domy na rzece

Kambodża. Domy na rzece

Jak tylko wypłynęliśmy z portu, większa część turystów rzuciła się do drzwi robić zdjęcia. 15 minut później znudzeni wrócili na miejsca. Wtedy ja strategicznie przesunęłam się pod drzwi i zostałam tam, aż dopłynęliśmy do jeziora. W ciągu tych trzech godzin powstało ok. 350 zdjęć. Żałowałam, że nie miałam lepszego obiektywu. Na rzece Tonle Sap, po której właśnie płynęliśmy przez większość czasu można było obserwować tak zwane “pływające wioski”. Były to domy na barkach ze wszystkim co jest potrzebne. Jedyną dla mnie zagadką do tej pory jest jakim sposobem mieszkańcy posiadali prąd. Początkowo myślałam, że go nie mają, ale… jakoś trzeba zasilać telewizor z anteną satelitarną. Oczywiście nie we wszystkich domach można je było zauważyć. Część z nich wyglądała naprawdę bardzo biednie. Domy na brzegach nie wyglądały lepiej. Generalnie wszystko żyło dzięki rzece, w rzece lub na rzece. Spotkaliśmy też po drodze taksówkę wodną, która dowiozła kolejnych pasażerów do naszej łódki.  O ile w drodze do jeziora było bardzo ciekawie i kolorowo, tak już na samym jeziorze nie spotkaliśmy nic ciekawego oprócz mętnej wody.

O 13.45 dobiliśmy do przystani przy Siem Reap. Przy czym słowo przystań jest tutaj użyte trochę na wyrost. Jest to bardziej miejsce, w którym przybija się do brzegu, a za brzeg służy większa połać niezarośniętego terenu, uwalonego śmieciami. Po zejściu na ląd okazało się, że nikt z karteczką na nas nie czeka. Tuk tuków za to mnóstwo i każdy twierdzi, że nas zawiezie do miasta za 15$. Zirytowani kompletnie przedstawiamy sprawę kapitanowi. Razem z nami awanturuje się jeszcze Czech, który jest w tej samej sytuacji. Chwilę później dołącza do nas para, której tuk tuk powiedział, że ich zawiezie… ale jak dopłacą! Kapitan dzwoni do kierownika. Czech w imieniu wszystkich przedstawia sprawę. Kierownik obiecuje, że oddzwoni. Pełnia sytuacji wygląda tak: jesteśmy w Kambodży, do Siem Reap jest 15 km od przystani, świeci słońce, temperatura wynosi ok. 30 stopni, a każdy z nas ma jeszcze wielki plecak. Pan z tuk tuka mocno nas namawia, żebyśmy z nim jechali za oczywiście odpowiednią cenę. Jesteśmy święcie przekonani, że to właśnie on miał stać z karteczką. Czujemy, że wszyscy nam kłamią w żywe oczy. Nie chcemy płacić kolejnych opłat za coś, za co już zapłaciliśmy. Kierownik nie oddzwania.  Śmierdzi przekrętem na całego. Myśleliśmy czy wezwać policję – bez sensu, nie znamy telefonu, a nikt nas na posterunek nie zabierze (który jest pewnie dopiero w Siem Reap). Przekalkulowaliśmy swoje opcje i zaczęliśmy się targować. Z 15$ stanęło w końcu na 2$ od osoby, przy czym jechaliśmy w trójkę razem z Czechem. Cały ten incydent bardzo nas zirytował i zniesmaczył. W szczególności, że zarobili na nas o parę dolarów więcej. Dla nas to nie jest dużo, my przeżyjemy, ale nigdy więcej do Kambodży nie wrócimy.  W perspektywie krótkoterminowej zarobili, a w długoterminowej stracili źródło większego dochodu. I jasne nie jesteśmy jednymi turystami, znajdzie się więcej by nas zastąpić.  Opinia zostanie.

Udało się szczęśliwie dojechać do hotelu, gdzie jak zwykle dostaliśmy mapę i zasięgnęliśmy języka. Zastanawialiśmy się, czy lepiej do Angkor Wat dojeżdżać rowerem codziennie czy wynająć tuk tuka. Koszt roweru to 2$/dzień, tuk tuk to wydatek wg. blogów i przewodników – 15$/dzień. Ponieważ czuliśmy się dzisiaj mocno wykorzystani, a i dolary jakoś nam z portfela uciekały, strasznie chcieliśmy przyoszczędzić. Pan w recepcji bardzo nam odradzał jazdę na rowerze i w końcu nas przekonał. Dziękujemy! My też odradzamy 😉 Dlaczego? Po pierwsze Angkor Wat nie jest tak blisko jak się nam wydawało. Po drugie Angkor Wat to cały kompleks świątyń. Dzieli się go na trzy trasy: mały okręg (small circuit), duży okręg (big circuit) i świątynie poboczne. Pierwszy okręg to trasa długości 18 km (+ 12 km do/z Siem Reap), a drugi liczy sobie 31 km (+12 km). Świątynie poboczne znajdują się do 15-20 km od Siem Reap w różnych kierunkach. Do tego należy doliczyć zwiedzanie (niezliczona ilość schodów), upał i zmęczenie. Definitywnie stwierdziliśmy, że to przecież są wakacje, a nie obóz przetrwania i zdecydowaliśmy się na tuk tuka.

W drodze na kolację postanowiliśmy popytać jak stoją ceny na 3 dniowe wynajęcie kierowcy. Od pierwszego dowiedzieliśmy się, że 70$ to minimum. Próbowaliśmy się targować, ale się nie udało. U kolejnego z 70$ stargowaliśmy tylko na 55$. Było to dla nas wciąż za dużo. W sumie spytaliśmy ok. 10 osób i każda mówiła to samo. Doszliśmy do wniosku, że turyści tutaj nie umieją się targować widocznie, bo ceny były mocno przesadzone. Zrezygnowani poszliśmy na kolację do lokalnej knajpki, gdzie każdy posiłek kosztował 1,5$. Przynajmniej tutaj było normalnie. Wracając już z powrotem do hotelu, podeszliśmy do jeszcze jednego tuk tuka i tym razem nam się udało. Po 10 minutach negocjacji stanęło na 40$ za 3 dni co uznaliśmy za jedną z lepszych lokalnych cen. Umówiliśmy się na następny dzień na 6.30 rano przed hotelem. Chcieliśmy uniknąć największego upału, i… turystów. Czy nam się udało, o tym przeczytacie w kolejnym wpisie…

Zobacz galerię zdjęć z Kambodży na smieszynkaphoto.com