Podróż dookoła świata

Łódką przez deltę Mekongu

Wietnam. Delta Mekogu
Wietnam. Delta Mekogu
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

13.01

Mieliśmy mieć dzisiaj intensywny dzień, zatem i pobudka była o niebotycznej godzinie 6:50 rano. Z trudem zwlekliśmy się z łóżka, ale warto było! Podeszliśmy na piechotę do agencji podróży, w której wczoraj kupiliśmy bilet. Chwilę później zgarnął nas stamtąd nasz przewodnik i dołączyliśmy do większej grupy. Zapakowaliśmy się do busa i w drogę! W planie była około dwugodzinna jazda do Delty Mekongu. Za nami widzieliśmy co najmniej z 6 takich samych autokarów. Toteż byliśmy pewni, że nie będziemy jedynymi turystami w okolicy. Po ok. 1,5 h zatrzymaliśmy się na toaletę, w miejscu wybudowanym chyba tylko po to 😉 Na parkingu stało tym razem już 10 takich samych autobusów jak nasz 😉 Oj, będzie tłum… Dojechaliśmy do pierwszego przystanku – świątyni buddyjskiej w mieście My Tho. Podziwialiśmy tam posągi Stojącego Buddy, Leżącego Buddy i Śmiejącego się Buddy. Zajęło nam to góra 15 minut. Plan wycieczki był bardzo napięty. Jak dla mnie zupełnie wystarczyło. Po Tajlandii i Laosie żaden budda chyba mnie już nie zaskoczy.

Wietnam. Delta Mekongu. Łodzie

Wietnam. Delta Mekongu. Łodzie

Po pół godzinie dojechaliśmy na miejsce i… zgubiliśmy przewodnika. Wysiedliśmy z busa i wydawało nam się, że idziemy za nim. Na przystani po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zapadła konsternacja wśród uczestników wycieczki. Już przewijały się myśli po głowie, czy przypadkiem nas nie wykiwano. Zaczęliśmy go szukać, ale jak gdyby zapadł się pod ziemię. 15 minut później wrócił – kupował dla nas bilety. Kamień spadł nam z serca. Weszliśmy na pokład jednej z wielu przycumowanych łodzi. Zasiedliśmy wygodnie i wysłuchaliśmy planu na dalszą cześć dnia. Za burtą brunatny Mekong dodawał uroku. Generalnie w tym miejscu rzeka jest już bardzo szeroka. Przypomina morze z małymi wyspami. Cztery z nich mieliśmy dzisiaj zobaczyć. Jak na razie widzieliśmy tylko wielki syf i spory ruch na rzece.

Dobiliśmy do pierwszej wyspy (wybaczcie, ale nie pamiętam nazwy), gdzie czekała już na nas (i dla tłumu za nami) atrakcja – kosztowanie owoców. Usiedliśmy grzecznie przy stolikach, na których zaraz znalazły się różne owoce do spróbowania. Nie, nie było to za darmo w ramach wycieczki. O nie. To co wymyślili tutaj, było o wiele lepsze. Do wspomnianych owoców dołączony został występ lokalnej ludności. Jedna pani śpiewała, druga grała na czymś w rodzaju harfy, a do tego pan przygrywał na gitarze (?!). Artystom trzeba zapłacić. Co łaska. Po niezwykle udanym wystąpieniu przewodnik zgarnął nas i poprowadził przez wioskę, w stronę kanału. Warunki w wiosce wołały o pomstę do nieba. Chyba wszyscy utrzymywali się tylko z turystów. Domy stały niechlujnie i ledwo trzymały się podłoża. Bardziej wyglądały jak szałasy. Nie zauważyliśmy łazienek, ani dostępu do bieżącej wody. Dotarliśmy w końcu do kanału, gdzie przesiedliśmy się na małą łódkę (coś w stylu czółna, bądź canoe). Płynęliśmy pomiędzy palmami czując się jak gdyby dane nam było penetrować niezbadane obszary Amazonki. Odkrywcy. Szkoda tylko, że nie byliśmy sami. Szkoda, że co chwilę musieliśmy się przeciskać pomiędzy czółnami. Ale i tak było warto!

Delta Mekongu. Pyton

Delta Mekongu. Pyton

Tak dopłynęliśmy do kolejnego miejsca – osady miodu. Pewnie miało to jakąś swoją lokalną nazwę, ale niestety nie zapamiętałam. Wietnamski wciąż sprawia mi problemy. Jednym z największych było wymówienie imienia przewodnika. Próbowaliśmy parę razy, ale nie wychodziło. W końcu wietnamski jest językiem czterotonowym, a polski tylko jednotonowym. Pewnie stąd ten problem. Dla nas brzmiało to tak samo, dla nich zupełnie inaczej. Żeby wam uzmysłowić skalę problemu: nasz przewodnik miał na imię Lllluu. Ale nie Lllu, ani nie Llljju. Tylko Lllluu! Tłumaczył nam, że język musi dotykać podniebienia przy wymowie, ale jakoś nam nie szło. W każdym bądź razie doprowadził nas do wspomnianej wyżej osady miodu. Jak sama nazwa wskazuje cała wioska robi co może, żeby sprzedać turystom jak najwięcej produktów z miodu. Najpierw pokazuje się pasiekę, gdzie można wsadzić palec w klaster miodu otoczony pszczołami (tak jak zrobił to Tomek…). Później spożywa się jakiś miodowy napój, do którego  podane są miodowe ciasteczka (które akurat później sobie kupiliśmy). Na koniec dla wytrwałych przewidziane jest spotkanie oko w oko z pytonem. Wygląda to tak, że mały, na oko 10 letni, dzieciak wyjmuje z klatki węża, jak gdyby była to zabawka pluszowa. Następnie zakłada go na karki żądnych adrenaliny turystów. Dla niego to chleb powszedni, dla nas przeżycie z kosmosu.

Wróciliśmy z powrotem na naszą łódź i zostaliśmy przewiezieni na kolejną wyspę. Główną atrakcją tutaj był przewidziany lunch. Pomimo, że wietnamskie jedzenie bardzo nam smakuje, akurat tutaj było mało zjadliwe. Ale czego się spodziewać za darmo (tzn. w cenie wycieczki)? Po obiadku zahaczyliśmy o farmę krokodyli, które zważywszy na upał za wiele się nie ruszały. Zupełnie im się nie dziwiliśmy. My też wypatrzyliśmy hamaki i przez godzinę czasu wolnego bujaliśmy się obserwując obłoki na niebie. W końcu udało nam się przez chwilę nic nie robić. Niestety nie trwała ona długo.

Gdy z powrotem zebraliśmy całą wycieczkę, ponownie weszliśmy na łódź i przepłynęliśmy się Mekongiem. Trafiliśmy na kolejną wyspę – wyspę kokosu. Tam wielopokoleniowa rodzina pokazywała jak się wytwarza cukierki kokosowe od podstaw. Ojciec rozłupywał kokosy maczetą albo czymś równie ostrym. Szczerze powiedziawszy nie wiedzieliśmy, że jest to tak ciężka praca. Następnie biały środek był wkładany do maszyny, która go mieliła. Potem kolejna wyciskała olej i mleko. Jeszcze inna mieszała mleko kokosowe. Później działała magia i nagle na stole pojawiło się ciasto, które było krojone przez Matkę. Dzieci siedziały przy stole i zawijały pokrojone kawałki w papierki. Po tym pokazie zaprowadzono nas na drugą stronę wyspy, gdzie wsiedliśmy do powozu konnego. Czekała nas 10 minutowa rundka po wiosce. Wiosce płaczu i nędzy. Nawet nasze konie były strasznie zabiedzone. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że to właśnie te przejazdy turystów utrzymują większą część populacji. Tym strasznym obrazkiem zakończyliśmy zwiedzanie Delty Mekongu.

Dwie godziny później byliśmy z powrotem w Sajgonie, mieście skuterów. Jak wracaliśmy to mieliśmy okazję dokładnie przyjrzeć się drogom. Na przedmieściach i w niektórych dzielnicach są wydzielone specjalne pasy zarówno dla samochodów jak i skuterów. Jezdnia jest rozdzielona metalowymi barierkami. Dowiedziliśmy się od przewodnika, że na 11 milionów mieszkańców przypada 8 milionów skuterów. Przy czym skuter z manualną skrzynią biegów kosztuje 400$, a z automatyczną 2000$. Średnie zarobki miesięczne to równowartość ok. 100$. Cena samochodów – nieznana.

Po powrocie Natalkę skusiła jedna z ofert salonów piękności na ulicy obok hotelu. Stwierdziła, dlaczego nie, chociaż raz w życiu zrobi sobie paznokcie 😉 Zasiadła na fotelu, dostała całą paletę kolorów do wyboru i przez 10 minut nie mogła się zdecydować. W końcu spodobał się jej kolor czerwony. Obok niej na fotelu siedział 60letni Australijczyk, który był wielce zdegustowany faktem, że dziewczyna robiąca jego paznokcie, nie bardzo mówi po angielsku. Całym sobą pokazywał niesmak i wyższość nad biedną dziewczyną. Fakt, że prawdopodobnie zarabia 100 razy więcej niż ona, nie znaczy, że może ją gorzej traktować. Niektórym jednak się wydaje, że ilość zarabianych pieniędzy świadczy o wartości człowieka.

Po manicure znaleźliśmy bardzo lokalną restaurację. Usiedliśmy w niewielkiej odległości od stolika Wietnamczyków. Obserwowaliśmy lokalną kulturę. Przy owym stoliku siedziało 4 przedstawicieli zawodów robotniczych. Każdy z nich miał wielki kufel piwa z lodem. Pod stołem leżała cała skrzynka. Co jakiś czas podchodziła kelnerka i otwierała kolejne piwa oraz dodawała lód. Następnie na stole pojawiły się posiłki z restauracji. Po żywej gestykulacji między sobą, jeden z mężczyzn poszedł do stoiska po drugiej stronie ulicy. Kupił  sobie zupę (?!), którą przyniósł do stolika. Kelnerka nie okazała zdziwienia. My jak najbardziej. Jeszcze większe było nasze zdumienie gdy przyszło do płacenia. Okazało się, że… nie mamy pieniędzy! W związku z tym część rachunku zapłaciliśmy lokalną walutą, a brakującą część dolarami. Po czym zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego nam zabrakło, skoro mieliśmy wyliczone tak, aby starczyło na kolację. Tu zaczyna się ulubiona historia Tomka.

Od początku naszej podróży jakoś tak wyszło, że za wszystko płacił Tomek. Doszliśmy do wniosku, że posiadanie na wierzchu dwóch portfeli jest bez sensu. Wystarczy jak będziemy pilnować jednego. W związku z tym Natalka nigdy nie miała czasu ani okazji na zaznajomienie się z lokalną walutą. Bedąc w salonie piękności, Tomek był akurat zajęty, więc przekazał swój portfel Natalce. To był pierwszy i ostatni raz kiedy płaciła. Cena usługi wynosiła 120 tysięcy dongów. Zadowolona z siebie dała pani dwa banknoty. Jeden o nominale 100 tysięcy a drugi 20 tysięcy. Fakt, który jej umknął to, to jedno dodatkowe zero na ostatnim banknocie. W związku z tym pani zarobiła 300 tysięcy zamiast 120tu. Od tego czasu Tomek postanowił nie dawać już portfela żonie. Natalka wciąż twierdzi, że ludziom trzeba pomagać i pani na pewno się ucieszyła z napiwku.

A jutro… a jutro Kambodża!

Zobacz galerię zdjęć z Wietnamu na smieszynkaphoto.com