Podróż dookoła świata

Loty za punkty czyli Premium Economy witaj :-)

Bangkok nocą
Bangkok nocą
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

3.01

Dziś czas opuścić Tokyo. Spakowaliśmy rzeczy, zjedliśmy szybkie śniadanko składające się z zupki chińskiej i ruszyliśmy w drogę. Wczoraj wymyśliliśmy jak się dostać na to drugie lotnisko. W zasadzie bardzo prosto i tylko z jedną przesiadką. Niestety na naszej najbliższej stacji żadna z map z cenami nie była podpisana normalnym alfabetem. Wymyśliliśmy, że kupimy najtańszy bilet za 180 yenów. Zawsze istnieje przecież opcja ‘bo ja nie wiedziałem…’. Wysiedliśmy na stacji przesiadkowej, idziemy z tymi naszymi biletami do bramki, a tu czerwone światło się zapala. Nie przejdziemy. Na szczęście zaraz obok był automat do skorygowania ceny biletu. Sprytni ci Japończycy, oj sprytni. Dopłaciliśmy jeszcze po 10 yenów, dostaliśmy kolejny bilecik i już bez trudu przeszliśmy na drugą stronę.

Po paru minutach znaleźliśmy nasz pociąg o nazwie Tokyo Monorail kursujący na lotnisko Tokyo Haneda. Bilet kosztował nas po 490 yenów każdy. Czas przejażdzki trwał ok 40 minut. Tutaj warto wspomnieć ogólnie o transporcie publicznym w stolicy. Odbywa się on na paru poziomach zarówno pod ziemią jak i nad. Pociąg na lotnisko jechał na wysokości około 6. piętra wieżowców. Było na tyle wysoko, że po raz pierwszy od bardzo dawna włączył mi się lęk wysokości. W szczególności, że poruszał się on tylko na jednej szynie, więc na każdym zakręcie się przechylał. Stacje generalnie trzymały się w powietrzu za pomocą żelaznych filarów i platform. Pod nami jechała kolejka JR. Pod nią znajdowała się ulica wsparta na filarach. Niżej była normalna ulica, po której jeździły autobusy. Pod tym wszystkim kursowało również metro. A my z 17 metrów podziwialiśmy do wszystko w drodze na lotnisko. Wysiedliśmy oczywiście przy złym terminalu. Dobrze, że zawsze jesteśmy jakieś 2.5 godziny przed czasem. Podjechaliśmy darmowym autobusem na odpowiedni i po raz pierwszy w życiu Natalka stanęła w kolejce innej niż ekonomiczna.

A dlaczego? Ha, jak kupowaliśmy bilety, to akurat ten został kupiony za punkty, które Tomek zbiera latając z pracy. Jako, że nie było dostępnych miejsc w klasie ekonomicznej, to dopłaciliśmy troszkę i wybraliśmy premium economy. Generalnie same plusy. Po pierwsze, mniejsza kolejka do odprawienia bagażu. Swoją drogą zdziwlibyście się co Japończycy przewożą i ile tego jest. Po drugie, dostaliśmy dostęp do lounge. I tak to była moja pierwsza wizyta w czymś takim. Spodobał mi się darmowy lunch i  wygodne siedzonka. Po trzecie, szybciej wsiedliśmy do samolotu. Po czwarte, ileż mieliśmy miejsca jak już usiedliśmy. Podnóżek rozkładany, siedzenie rozkładane i mało osób w przedziale. Powiem krótko, tak mi się spodobało, że najchętniej latałabym tylko tak. Coś na to wymyślimy w najbliższej przyszłości.

Po siedmiu godzinach wylądowaliśmy w Bangkoku. Od razu szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę wiz. Jakież było nasze zdumienie kiedy pan przy okienku powiedział nam, że my niepotrzebujemy. Kazaliśmy mu dwa razy sprawdzić. No nie, wiza nie wymagana. Przeszliśmy kontrolę paszportową, odebraliśmy bagaż i wyszliśmy na zewnątrz. Uderzyła w nas fala gorąca. 33 stopnie. Od razu stwierdziliśmy, że opcja autobus odpada (35 bahtów). Stanęliśmy w kolejce po taksówkę. Do centrum miasta mieliśmy jakieś 30 pare kilometrów. Według przewodnika nie powinniśmy zapłacić więcej niż 40 złotych. Odczekaliśmy swoje, podjechał nasz taksówkarz i od razu umówiliśmy się z nim ile ten nasz przejazd powinien kosztować. Jest to podstawowa zasada w Azji, najpierw dogadaj się co do ceny, a później płać. Teoretycznie nie powinno się to różnić od ceny na liczniku. Ale… Można jechać płatną autostradą, za którą płaci pasażer. Można zmienić taryfę, gdy się stoi w korku. Można dużo rzeczy, by wyjść na swoje. 450 bahtów (ok.45 zł.) wydawało się dla obu stron rozsądną ceną. Przy okazj ominęliśmy i korki i autostradę.  Wysiedliśmy na najbardziej turystycznej ulicy Bangkoku – Khao San.

Oczy Natalki wyszły z orbit, tyle sukienek, tyle straganów, ojej. Najpierw jednak poszliśmy zostawić rzeczy w hotelu. A później przeszliśmy tą ulicę od początku do końca z sześć razy. W efekcie Tomek kupił tyczkę do aparatu (tyczkę do selfie), którą zdążył zepsuć kilkanaście minut później. To znaczy sama się zepsuła. Badziewie jedno. Natalka suma summarum nie kupiła nic, bo wszystko było drogie. Udało nam się natomiast ‘zjeść z ulicy’. Za bardzo przystępną cenę 50 baht (5 zł.) pani smażyła makaron z odrobinami kurczaka, jajkiem, marchewką, kiełkami bambusa oraz sałatą na wprost Ciebie. Smażyła na wielkiej patelni umiejscowionej na wózku, na którym było wszystko. Nie, nie pytaliśmy o ostatnią inspekcję sanepidu, po prostu zjedliśmy, a było pyszne. Czy się nie boimy jeść na ulicy – raczej nie. Są dwie główne zasady, których trzeba przestrzegać, żeby się nie zatruć. Pierwsza, jedz tylko tam, gdzie jest dużo ludzi. Nie ważne czy lokal ma najnowszy dyplom trip advisor lub jakikolwiek inny. Jak nie ma ludzi, nie jedz. Dyplom zawsze można podrobić. Nawet jeżeli w przewodniku jest opisany jako najlepszy i warty polecenia bądź w hotelu Cie namawiają, nie ważne – nie ma ludzi, nie wchodź. Wokół stoiska, z którego jedliśmy, był tłum (później się przekonaliśmy, że codziennie jest). Gwarantuje to świeżość, przede wszystkim mięsa, które w krajach azjatyckich, przy wysokiej temperaturze na zewnątrz wcale nie jest wkładane do lodówki. Druga zasada, jedz pałeczkami. Warto przed wyjazdem nauczyć się sprawnego posługiwania się nimi. Dlaczego? Bardzo często są one jednorazowe. Widelcy i łyżek metalowych raczej nie wyrzucają do śmieci. A z myciem, z myciem jest różnie, w szczególności jak nie ma bieżącej wody. Klient przecież nie zauważy jak tylko przepłukamy w wodzie trzeciej świeżości 🙂

A teraz trzecia dobra zasada – dezynfekcja. Przynajmniej na początku powinna być stosowana codziennie. Jak wiadomo najlepiej alkoholem.  My zdecydowaliśmy się na lokalne piwo na dachu jednego z hoteli. Akurat pan tak ładnie śpiewał na żywo i grał. Widok był całkiem niezły. Humory nam się poprawiły, w końcu ciepełko. Rozplanowaliśmy jutrzejsze zwiedzanie, dopiliśmy piwo i zebraliśmy się z powrotem do hotelu. Ciężki dzień jutro, idziemy wcześnie spać.

Przygotowanie Pad Thai


Zobacz galerię zdjęć z Tajlandii na smieszynkaphoto.com