Podróż dookoła świata

Luang Prabang – miasto laotańskiej życzliwości

Laos. Luang Prabang
Laos. Luang Prabang
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

7.01
Wczoraj wieczorem zapytaliśmy na recepcji jak wcześnie musimy wstać, by dostać się o wyznaczonej godzinie na lotnisko. Fakt nr. 1 – lotnisko jest położone 10 km od miasta, fakt nr. 2 – lot jest o 9.10 rano, fakt nr. 3 – lecimy do Luang Prabang, czyli lot jest krajowy. W odpowiedzi na zadane pytanie usłyszeliśmy, że musimy być wcześniej, ponieważ mogą być korki. Sugerowany czas wyjazdu: 6 rano. Pomyśleliśmy, no dobrze, miejscowi wiedzą lepiej, jakie warunki panują na drodze. Posłusznie zamówiliśmy sobie taksówkę na szóstą rano.

Z na wpół zamkniętymi oczami zwlekliśmy się rano z łóżka, wiele dając, by móc jeszcze na chwilkę przysnąć. Lekko nieprzytomni zeszliśmy do hotelowego lobby. Nasza taksówka już czekała. Szybko zapakowaliśmy się do środka i w drogę. W drogę, tak… Drogę, która trwała 10 minut! O tej porze oczywiście nikt nawet nie myślał o pojawieniu się na ulicy. Było puściutko. 6.10 jesteśmy na terminalu krajowym. Oprócz nas ani żywej duszy. Wszystko jeszcze zamknięte. Dodam jeszcze, że terminal składał się z czterech okienek gdzie przyjmowano bagaż, który następnie był odkładany pod ścianę (nie było żadnej linii). Poczekalnia była raczej dosyć dobrze dostępnym pomieszczeniem. Mam tu na myśli głównie fakt, iż terminal jako tako nie posiadał drzwi. Po prostu się wchodziło z zewnątrz do… poczekalni. Tak zwane bramki to w tym przypadku dwa mniejsze biurka, przy których stała straż graniczna i sprawdzała paszporty. Za nimi był jeden lotniskowy rentgen i tyle. Jako, że w zasadzie byliśmy pierwsi, to poczuliśmy się lekko samotni w tym wielkim gmachu. Postanowiliśmy się przejść na terminal międzynarodowy zobaczyć jak tam jest w środku. Daleko nie było, ledwie 3 minuty. Tam również wiało pustką, aczkolwiek był otwarty jeden sklep, w którym kupiliśmy snickersy (nie jedliśmy śniadania). Wróciliśmy z powrotem na terminal krajowy, gdzie zrobiło się tłoczno. Wbrew pozorom akurat z niego odbywało się najwięcej, bo aż całe 11 lotów dziennie (w tym 4 do Luang Prabang).

Oddaliśmy bagaże, przeszliśmy kontrolę i jesteśmy już za bramkami. Wciąż mamy jeszcze ponad dwie godziny do odlotu. Korzystając z tego czasu-z-którym-nic-nie-da-się-zrobić Natalka postanowiła co nieco napisać i tak powstał pierwszy post z naszej podróży. Poza tym zajęła troszeczkę głowę i nie myślała o tym, że zaraz ma wsiąść do śmigłowego samolotu. Ci, którzy czytają ten wpis jako pierwszy – tak, boję się latać. Nastała godzina 9.10, a my wciąż czekaliśmy. Na zewnątrz zaczęło padać. Ciśnienie Natalki poszło w górę. Dwadzieścia minut później wsiadamy do samolotu, z parasolami w ręce. Bardzo nas to ubawiło. Od wyjścia z lotniska do wejścia do samolotu było około 300 metrów do przejścia po płycie. W związku z tym, że lało jak z cebra, dostaliśmy parasole zaraz przy wyjściu i oddawaliśmy je przy wsiadaniu. Po 10 minutach wystartowaliśmy, a serce Natalki było w tym momencie już w gardle. Dobrze, że Tomek był obok, bo mogłoby chcieć uciec, albo co gorsza wysiąść. Obiektywnie patrząc, pewnie nie było aż tak źle. Po 40 minutach wylądowaliśmy w Luang Prabang – dawnej stolicy Laosu. Ze zdumieniem stwierdziliśmy, że jest… zimno! Nagle zniknął upał, który towarzyszył nam od paru dni. Sprawdziliśmy było 23 stopnie.

Odebraliśmy bagaże i powędrowaliśmy w stronę taksówek. Nie słyszeliśmy, żeby z lotniska kursowały jakiekolwiek środki komunikacji miejskiej. Poza tym mieliśmy wrażenie, że w Laosie coś takiego, przynajmniej w turystycznych strefach, po prostu nie istnieje. Lokalne ceny raczej zachęcają do bycia lekko burżujskim. Za transport do hotelu zapłaciliśmy 6$ – ok. 20 minut jazdy. Na miejscu okazało się, że nasz pokój nie był jeszcze gotowy. Zostawiliśmy więc nasze bagaże i poszliśmy coś zjeść. W końcu znowu ominęliśmy śniadanie. Znaleźliśmy uroczą knajpkę z widokiem na Mekong. W środku siedziało już kilka osób to stwierdziliśmy, że zaryzykujemy tam lunch. Żadne z nas nie pamięta, co zamówiło do jedzenia. Pamiętamy natomiast, że wzięliśmy jedną dużą butelkę (600 ml) Lao Beer dla Tomka i jedną małą jakiegoś ciemnego piwa (6% !) dla Natalki. Tyle pamiętamy. A nie, przepraszam, jeszcze pożyczyliśmy mapę od właściciela restauracji, którą później oddaliśmy. Tak, i na tym się kończy nasza wiedza o tym przedziale czasowym. Później dostaliśmy pokój, Tomek padł twarzą na łóżko i zasnął. Ja zaczęłam się śmiać, że się upił, po czym poległam razem z nim. Wstaliśmy godzinę później. Mocne to piwo było, oj mocne!

Laos. Buddyjska maksyma

Nie ma lekko, trzeba zwiedzać. W ciągu całego popołudnia obeszliśmy chyba wszystkie najważniejsze świątynie w Luang Prabang, a przynajmniej 3 płatne. Byliśmy w najstarszej w Laosie, w najważniejszej w Laosie, z wielkim Buddą, z małym Buddą, z tysiącem Buddów. Widzieliśmy wszystko. Ze smutkiem stwierdziliśmy, że już większość z nich wygląda dla nas tak samo i nie robi większego wrażenia.  Po paru godzinach takiego chodzenia od świątyni do świątyni zrobiliśmy sobie przerwę na kawę. Wtedy też zorientowaliśmy się, że chyba zrobiono nas na szaro. Później stwierdziliśmy, że chyba nie. A na końcu zdecydowaliśmy, że nie warto głębiej się przyglądać sprawie. O czym mowa? O wycieczkach.

Za nim tutaj przyjechaliśmy, zrobiliśmy małe rozpoznanie, co można by tu było robić oprócz zwykłego zwiedzania. Natchnęliśmy się na bardzo polecane wycieczki po okolicy – trekking przez dżunglę, spływ kajakiem, rafting, przejażdżka rowerami przez wioski czy jazda na słoniu. Nie wiem za bardzo co nami kierowało, kiedy pytaliśmy o to w naszym hotelu. Nie wiem. Może dlatego, że ludzie byli tak bardzo mili. Albo byliśmy wygłodnieli i nie myśleliśmy trzeźwo. Nie wiem. Szczerze jest to dosyć nie podobne do mnie, żebym się kierowała tym, co mi powiedzą w hotelu. Wiadomo, że zawsze mają jakieś umowy, prowizje i będą chcieli Ci wcisnąć jak najwięcej i niekoniecznie w dobrej dla Ciebie cenie. Wiedząc to wszystko, zapytałam w hotelu. Dostaliśmy bardzo ładny folder ze zdjęciami i opisami. Napaliliśmy się na te wycieczki, że ho ho. W naszych głowach już powstawało: przedzieranie się przez dżunglę z maczetą, spływ kajakami po jakiejś rzece z wodospadami, przejażdżka na słoniu po pobliskich wiejskich terenach. Jednym słowem: PRZYGODA! Nie odstraszyła nas też cena tych przyjemności (tzn. Tomek zaczął panikować, że dużo i że nie mamy pieniędzy, ale Natalka stwierdziła, że pieniądze się znajdą, bo po to tutaj przyjechaliśmy). Wybraliśmy więc spływ kajakiem i przejażdżkę na słoniach. Niestety okazało się, że na kajaki to nie sezon – poziom wody w rzece jest za niski. Zamiast tego wzięliśmy więc trekking po dżungli do wodospadów Kuang Si. I teraz nie wiemy, czy oni rzeczywiście się tak cenią czy przepłaciliśmy zupełnie. Nie bardzo chcieliśmy to sprawdzać. Siedząc na wspomnianej kawie nasz wzrok zaczęła przykuwać niezliczona ilość reklam owych wycieczek. Dosłownie co budynek, znajdowała się agencja turystyczna. Zastanawialiśmy się czy tam nie byłoby taniej, gdyż z oddali widzieliśmy przykładowe ceny i wydawały się dużo mniejsze niż to, co zapłaciliśmy. Chwilę później podeszliśmy bliżej, żeby się przyjrzeć.  Tańsza opcja była jakaś krótsza niż to, co zamówiliśmy. Uff. Jesteśmy spokojni. Nie daliśmy się naciągnąć. Po czym pomyśleliśmy, że może trzeba było się targować. Po dłuższym namyśle, stwierdziliśmy, że nie ma co się zagłębiać bardziej w sprawę. Lepiej nie wiedzieć. Żebyście mieli pojęcie o jakich sumach mówimy: całodniowy 4h trekking przez dżunglę wraz z odwiedzeniem dwóch wiosek i 2h pobyt przy wodospadach Kuang Si to przyjemność w wysokości 45$/os., 4h pobyt w wiosce słoni, a w tym: przejażdżka na słoniu w drewnianej ławce, przejażdżka samemu na słoniu oraz kąpanie słoni w rzece – 30$/os.

Laos. Luang Prabang. Bambusowy most

Po tej dygresji na temat cen wycieczek wróćmy do szeroko pojętego zwiedzania. Po kawie wybraliśmy się do kolejnej świątyni, która znajdowała się na wzgórzu w środku miasta. Prowadziła do niej niewiarygodna ilość schodów. Udało się jednak wejść na szczyt, z którego roztaczał się całkiem niezły widok na miasto. Przy okazji zrobiliśmy sobie parę zdjęć z mnichem i Mszaną Dolną. Musieliśmy jednak szybko stamtąd schodzić. Do zachodu słońca pozostało niewiele czasu, a my chcieliśmy jeszcze zobaczyć bambusowy most, który znajdował się na drugim końcu miasta. Niby można by było podjechać, ale kto by jeździł jak można iść? Pół godziny później znaleźliśmy się przed mostem i ze zdumieniem odkryliśmy, że wątpliwa przyjemność przejścia na druga stronę (gdzie kompletnie nic nie było!) jest płatna. Biznes to biznes. Zapłaciliśmy. Jakoś strasznie nie było. Konstrukcja się trzymała. W końcu zarabia na siebie.  Porobiliśmy jeszcze parę widoczków zachodzącego słońca i zaczęliśmy wracać w stronę centrum.

Po drodze zachciało nam się i pić, więc zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym sklepie, żeby kupić wodę. Tam byliśmy świadkami czegoś, co według nas nie zdarza się, gdzie indziej w Azji. Widzieliśmy ludzką życzliwość. Tak. Na własne oczy. Też byliśmy zaskoczeni. Słuchajcie. Laotańskie sklepy mają to do tego, że przeważnie znajdują się w domach. Od frontu sklep, a za parawanem telewizor, łóżka, coś w stylu kuchni i dzieciaki oglądające bajki. Na zapleczu toczy się normalne życie. Pewnemu niemieckiemu turyście urwała się sznurówka. No zdarza się. Każdemu wręcz może się przytrafić. Toteż jegomość wraz z żoną weszli do pierwszego sklepu po drodze i zapytali (a raczej pokazali) o sznurówki. Niestety, nie jest to najbardziej popularna rzecz w Laosie (raczej ludzie chodzą w japonkach/sandałach). Pani sprzedawczyni popatrzyła po sklepie i stwierdziła, że nie mają czegoś takiego. Smutny Niemiec zaczął już wychodzić, kiedy pani się coś przypomniało. Na migi pokazała, żeby czekać. Po 5 minutach zziajana wróciła z jedną sznurówką w ręku. Niemiec podziękował i zapytał ile ma za to zapłacić. I tu pani wprawiła nas wszystkich w osłupienie. Mówi, że nie chce zapłaty. Ona tego nie sprzedaje. Nie potrzebuje. Że to za DARMO. Nie wiedzieliśmy, że w Azji jest jeszcze coś za darmo dla białego turysty. Normalnie, w każdym innym azjatyckim kraju, cena sznurówki podskoczyłaby do 20$.  Ale nie tu. Dlatego kochamy Laos.

Krótki filmik z Luang Prabang

Zobacz galerię zdjęć z Laosu na smieszynkaphoto.com