Podróż dookoła świata

Na każdym rogu biznes czyli witaj w Hanoi

Wietnam. Hanoi. Smoki i kadzidełka.
Wietnam. Hanoi. Smoki i kadzidełka.
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

10.01

Przegapiliśmy śniadanie. W zasadzie to sprzątaczki obudziły nas pukaniem do drzwi. Tak to jest jak się nie nastawia budzika. Widocznie potrzebowaliśmy tego. Zebraliśmy się w miarę szybko. Wzięliśmy mapę z recepcji i w drogę! Nie spać, zwiedzać! Na zewnątrz lało i…. lało. Ogoreteksieni wyszliśmy z hotelu, mając na uwadze, że cały dzień spędzimy w takiej właśnie pogodzie. Na pierwszy cel poszło jezioro Hoan Kiem w centrum miasta. Jezioro to zwane przez tubylców ‘Jeziorem Zwróconego Miecza’ nawiązuję do miejscowej legendy. Podobno cesarz Le Loi płynął sobie po owym akwenie, kiedy znienacka wynurzył się złoty żółw i poprosił go o zwrot swojego miecza szumnie zwanego – Niebiańską Wolą. Miecz ten został podarowany cesarzowi przez inne bóstwo podczas rewolucji przeciwko chińskiej dynastii Ming. Czy miecz rzeczywiście zwrócono, o tym legenda nie wspomina, ale jezioro zostało nazwane. W pobliżu północnego krańca jeziora znajduje się wysepka, na której stoi świątynia Ngoc Son Temple. Prowadzi do niej podobno najbardziej popularny most w stolicy – Most Porannego Brzasku, o właściwym dla tej pory dnia kolorze, czerwonym. Słyszeliśmy, że tam trzeba zrobić sobie zdjęcie – inaczej nie było się w Hanoi. Niestety z powodu kiepskiej pogody nic nam nie wyszło.

Wietnam. Hanoi. Najlepsza kawa na świecie

Niezrażeni siekającym w twarz deszczem, ruszyliśmy dalej. Na naszym celowniku znalazła się opera wraz z całą dzielnicą kolonialną. Muszę przyznać, że było ładnie i urokliwie. Pewnie w lepszą pogodę zwiedzałoby się to lepiej. Przystanęliśmy na chwilę w kawiarence w stylu francuskim. Dostaliśmy najfajniejszą kawę na świecie. Pyszną i ze wzorkiem. Po krótkiej przerwie postanowiliśmy zwiedzić te wszystkie małe uliczki starego miasta. W zasadzie od razu trafiliśmy na największy targ w stolicy. Oj robił wrażenie. 3 piętrowa hala ze… wszystkim. Rolex? Spodnie? Bluzki? Kurtki? Chusty? Buty? Spinki do włosów? Pamiątki? Do wyboru do koloru. Nawet manekiny sklepowe sprzedawali. Wszystko, co tylko zapragnąłeś można było kupić w detalu i w hurcie. Ciężarówka T-shirtów? Nie ma sprawy. Oczywiście wszystko ‘made in Vietnam’. Byliśmy jedynymi Europejczykami w środku. Wydaje nam się, że tam kręciły się tylko grube biznesy. Rzadko widzieliśmy, żeby ktoś coś na sztuki sprzedawał.

Biznes widać też na ulicach. Wszędzie się coś sprzedaje. Są całe ulice poświęcone jednej branży np. widzieliśmy ulicę instrumentów muzycznych, ulicę chińskich lampionów, ulicę przypraw. Żeby dostatecznie skonsternować turystę dodam, że ulice się zmieniają. Rano mogą sprzedawać tylko skarpetki, a po południu na przykład wyroby z drewna. Generalnie wydawało nam się, że jakoś magicznie się przemieszczają, znikają i zamieniają. Bardzo fajną sprawą w Hanoi jest fakt, że wszystkie ulice są podpisane, czyli nazwa się nigdy nie zmieni. Ile razy szliśmy natomiast po tych uliczkach, tyle razy wyglądały zupełnie inaczej. Po paru dniach zastanawialiśmy się, czy na pewno wszystko w porządku z naszymi głowami. Największą dla nas zagadką był sklep na rogu. Posłuchajcie…

Jakoś nie długo po zwiedzeniu największego tragu, natrafiliśmy na sklep z odzieżą górską firmy North Face. Taki wietnamski outlet podróbek, ale podróbek bardzo dobrej jakości. Spędziliśmy w nim dobrą godzinę przebierając i wybrzydzając. Wybór większy niż gdziekolwiek indziej. Wszystkie rozmiary. Wszystkie kolory. Wszystkie modele. Raj. Po długim namyśle i po przymierzeniu niezliczonej ilości rzeczy w końcu zaczęliśmy się targować. Ceny oczywiście na początek z kosmosu, bo przecież ‘good vietnam quality’ (dobra wietnamska jakość?!?). Żeby być całkiem fair, muszę przyznać, że rzeczywiście rzeczy jakościowo wyglądały jakby zeszły z tej samej linii produkcyjnej co normalne ubrania. Pewnie z resztą tak było. Co nie oznacza, że musimy płacić więcej. Tomek zaczął się już czuć jak ryba w wodzie. Targowanie mu się spodobało i coraz bardziej wychodziło odkąd poradziłam mu, żeby się pozbył tego ładnego angielskiego akcentu. Zamienił na bardziej rosyjski i poszło! Zasób słownictwa również skurczył się do paru zaledwie słów.

Tomek w akcji:

– How much? [Ile?]

Tu pani podaje cenę na kalkulatorze.

– Uuuuu. Too much. [Za dużo]

– You, how much? [Ty, ile?]

Tomek wyskakuje z dużo mniejszą cyferką na kalkulatorze.

– No no no, good quality [Nie, nie, nie, dobra jakość] i tu pani podaje znowu swoją cyferkę.

– No no no (Tomek udaje, że odchodzi).

– You, how much? [Ty, ile?] – Pani łapie go za rękę.

Tomek wstukuje liczbę na kalkulator.

– No no no (pani wstukuje swoją liczbę)

Tomek pokazuje liczbę mi, ja kręcę głową i robie miny. Tomek mówi do pani:

– No, wife, no [nie, żona, nie].

Pani patrzy na mnie, ja udaję, że odchodzę mówiąc.

– Too much, too much [za dużo, za dużo].

Pani podaje kalkulator z powrotem Tomkowi, który wstukuje swoją liczbę.

– Uuuu no no no.

– Ok. We go [My idziemy]

– No no no wait wait. Ok, ok, ok. [nie, nie, nie, czekaj, czekaj. ok, ok, ok].

W końcu pani się zgadza na naszą cenę. Jak widać nie trzeba biegle znać angielski, by się dogadać. 😉 W ogóle najlepiej to się nie przyznawać, że zna się go dobrze. Nikt wtedy nie weźmie Cię za bogatego Anglika, albo co gorsza Amerykanina. Rzecz, którą się nauczyliśmy w tej podróży to zawsze mówić, że jest się z Polski. Nikt nie wie gdzie to jest, w związku z tym nie wiadomo jak bardzo można nas oskubać z pieniędzy.

W końcu zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami kurtki puchowej w kolorze żółtym i butów goretex’owych z podeszwą na Vibramie. Wróciliśmy z powrotem do hotelu zostawić rzeczy. Coś jednak ogarnęło nas szaleństwo zakupowe i stwierdziliśmy, że wrócimy jeszcze raz do tego sklepu i Tomek kupi także kurtkę. Szukaliśmy sklepu na rogu ponad godzinę. Nie znaleźliśmy. Po prostu zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Ulice się zmieniły. Nie wiem.

Magia. To na pewno była magia!

Kupiliśmy kurtkę gdzie indziej i dwie godziny później. Ale magia działała do następnego dnia…

Zobacz galerię zdjęć z Wietnamu na smieszynkaphoto.com