Podróż dookoła świata

Nieturystyczny Bangkok

Bangkok. Ruch na rzece.
Bangkok. Ruch na rzece.
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

5.01

Rezerwując hotel w Bangkoku kierowaliśmy się dwoma bardzo ważnymi dla nas czynnikami: odległością od zabytków i ceną. Poczytaliśmy sobie też trochę blogów, stron turystycznych, przeglądnęliśmy fora związane z Tajlandią i wszędzie polecano Khao San Road jako właściwe miejsce na nocleg. Ulica ta wszędzie była nazwana mekką backpacker’ów z mnóstwem straganów, knajpek oraz hoteli. Myśleliśmy, że to odpowiednia dla nas strefa. Razem z nami pomyślało o tym jeszcze kilka tysięcy osób, a w tym znacząca ilość tzw. imprezowiczów. Parę lat wstecz dziwiłam się bardzo, kiedy natrafiłam na artykuł o tym, że Kraków nie lubi brytyjskich turystów przyjeżdżających tylko na wieczory kawalerskie bądź weekendy. Myślałam klient to klient generuje zysk. Po Bangkoku już się wcale nie dziwię. Na całej ulicy Khao San co 5 metrów stały przenośne stragany oferujące w przystępnej cenie tzw. ‘vodka bucket’. Jest to małe wiaderko do którego wlewane jest pół butelki wybranego przez nas alkoholu, red-bull i trochę lodu. Wszystko zostaje ładnie wymieszane, a klient dostaje słomkę i ma wypić do dna. Dlaczego o tym w ogóle wspominam? Bo o ile z turystami z krajów ‘wódkolubnych’ nie ma problemu, o tyle ‘słabogłowi’ Anglicy problem już mają. A w zasadzie to nie oni, a Ty, drogi trzeźwy turysto. Grzecznie śpisz sobie w swoim hotelowym łóżku, podczas gdy cała pijana brać rozwala się po korytarzach krzycząc, klnąc i waląc do drzwi o drugiej bądź trzeciej nad ranem. Ochrona hotelowa nie reaguje bo dla nich jest to na porządku dziennym, a z drugiej strony kto by się chciał narażać bez sensu. Ten dosyć przydługi wstęp służył do zobrazowania tej masakry, która się działa pod naszymi drzwiami prawie całą noc. Dodam, że drzwi nie wyglądały na solidne i w każdym momencie mógł nam wpaść upity i zezłoszczony (bo przecież to jest jego pokój – a klucz nie pasuje) Anglik. Jeżeli ktokolwiek zapyta mnie o radę w sprawie noclegu odpowiem – nigdy Khao San Road, chyba, że doprowadzisz się do takiego samego stanu jak reszta.

Po burzliwej nocy, nastał spokojny poranek spędzony głównie przy basenie. Nie mieliśmy dzisiaj jakiś bardziej konkretnych planów niż złapanie pociągu o 20:00. Zjedliśmy śniadanie zaraz obok hotelu, a gdy przyszło do płacenia zorientowaliśmy się, że przepłaciliśmy ze 3 razy. Bangkok i tyle. Zostawiliśmy bagaże w schowku hotelowym, a sami udaliśmy się odebrać nasze bilety. Nauczeni wczorajszym dniem złapaliśmy różową taksówkę i pokazaliśmy na mapie, gdzie chcemy jechać. Pan taksówkarz oczywiście wysadził nas zupełnie gdzie indziej twierdząc, że na wskazaną przez nas ulicę nie da się dojechać. Nasz siódmy zmysł twierdził, że pan się po prostu zgubił i chce się nas pozbyć. Wysiedliśmy, bo nie było w zasadzie sensu jechać dalej. Na szczęście zaraz obok był park, więc postanowiliśmy, że się przejdziemy. Sprawdziliśmy naszą mapę i ruszyliśmy przed siebie. Zaraz za parkiem weszliśmy w uliczki i lekko się zgubiliśmy. Poczuliśmy się jednymi białymi ludźmi w okolicy. Chwilę później weszliśmy w dzielnicę ambasad. Próbowaliśmy zapytać o drogę, ale ludzie średnio znali angielski. Pomogli nam dopiero pracownicy koreańskiej placówki wracający z lunchu. Udało się odebrać bilet bez problemu. Naszym kolejnym celem było wrócenie do Vimanmek – pałacu z drewna tekowego, który wczoraj był zamknięty. Ale tak szliśmy sobie ulicą i żadne taksówki nie jeździły. Kolejne spojrzenie na mapę i znalazłam zaznaczony tramwaj wodny. Tak, tylko trzeba do niego trochę podejść. Stwierdziliśmy, że w zasadzie mamy cały dzień to nigdzie nam się nie spieszy. W szczególności, że właśnie weszliśmy w bogatą dzielnicę luksusowych hoteli. W pewnym momencie przyszło jakieś opamiętanie i sprawdziliśmy godziny otwarcia pałacu. Niestety bez taksówki nie zdążymy. Szybki bilans zysków i strat – nie jedziemy tam. Zamiast tego wymyśliliśmy, że pójdziemy na tajski masaż.

Nie wiem jakie macie wyobrażenie tajskiego masażu, ale ja wielki nowicjusz w tej sprawie myślałam, że będzie to rzecz co najmniej relaksująca. 60 minut później byłam zdumiona jak bardzo moje ciało może się wygiąć i rozciągnąć. Ukradkiem sprawdzałam też czy nie mam siniaków. Tomek był zadowolony, dla mnie były to tortury. Uśmiechając się ładnie zapłaciliśmy i wyszliśmy w poszukiwaniu wodnego tramwaju. Generalnie nie było łatwo znaleźć, może dlatego, że jest to głównie dla miejscowych. A miejscowi wiedzą, gdzie to jest. Na przystanku upewniliśmy się w języku migowym czy w dobrą stronę jedziemy. Parę minut później podjechała łódka. Niepewnie weszliśmy do środka. Osoba stojąca na burcie sprzedała nam bilety, kiedy pokazaliśmy na mapie, gdzie chcemy wysiąść. Na kolejnym przystanku wszyscy poderwali się do wyjścia. My siedzimy, przed nami jeszcze z co najmniej 5. Ktoś nas szturcha z tyłu, pokazuje, że my też musimy wysiąść. Posłusznie przesiadamy się do innej łodzi – za tłumem. Płyniemy dalej. Po jednej stronie naszym oczom ukazuje się przepych, po drugiej skrajna bieda. Teoretycznie są przedzielone kanałem. Teoretycznie. W praktyce w łódce siedzącą wszyscy. Dzieci z prywatnych szkół, pani z teczką, bliżej nieokreśleni ubożsi ludzie i my, zagubieni w nieswoim świecie turyści. To właśnie Bangkok.

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku i ruszyliśmy w stronę hotelu. Po drodze mijaliśmy McDonald i jakoś nas tak wzięła ochota na kawę. Dosyć szybko nam przeszło, gdy zobaczyliśmy cenę. Zrezygnowani powlekliśmy się na Khao San. Zjedliśmy u naszej ulubionej pani straganiarki pad-thai, po czym wróciliśmy do hotelu. Godzinę przed odjazdem pociągu złapaliśmy różową taksówkę, która zawiozła nas na dworzec główny. Budynek składał się z dwóch części: poczekalni i w zasadzie odkrytych peronów. Na tych ostatnich poziom stężenia spalin przekraczał normy 100krotnie. Nie dało się oddychać, a i widoczność była ograniczona. Poczekalnia była dużą halą w której brakowało… krzeseł. W związku z tym większość podróżnych leżała na ziemi, na plecakach i walizkach. Tylko mnisi buddyjscy mieli wydzielone i podpisane miejsca siedzące. 15 minut przed odjazdem naszym oczom ukazał się pociąg do którego niezwłocznie się zapakowaliśmy. Wykupiliśmy sobie kuszetki w pierwszej klasie i mieliśmy niesamowite szczęście jak rezerwowaliśmy bilet. W tajskiej pierwszej klasie 1 kabina składa się z kuszetki dolnej i górnej, o czym nie wiedzieliśmy. Parę miesięcy wcześniej dyskutowaliśmy między sobą czy chcemy leżeć obok siebie na jednym poziomie, czy wziąć opcję dół-góra. Jakimś trafem stwierdziłam, że druga możliwość brzmi lepiej. Tak czy inaczej pierwsza klasa wyglądała jak polska trzecia, ale przynajmniej miała klimatyzację. Co prawda nie dało się jej kompletnie ustawić, po prostu wiało i tyle. Przykryci kocami zasnęliśmy po paru minutach.

Za 7 godzin powitamy Laos…


Zobacz galerię zdjęć z Tajlandii na smieszynkaphoto.com