Chiny Tybet Nepal Bhutan Indie

Paro

Dolina paro
Dolina paro
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

Po oczyszczaniu organizmu poprzedniego wieczora, cała grupa w tym i ja, nie czuła się najlepiej. Dzielnie wstaliśmy o 5 rano, i pojechaliśmy na lotnisko w Kathmandu. Tak, czas pożegnać Nepal. Wsiadamy w samolot królewskich linii lotniczych Druk Air. Przelatujemy nad całymi Himalajami. Widoki byłyby przepiękne, gdybym siedziała przy oknie 🙂 Gdzieś tam w oddali zamajaczył nawet Mount Everest.

Lądujemy w Paro w Bhutanie. Pierwsza rzecz, płacimy cło! Otóż do kraju można wwieść papierosy (miałyśmy całe dwie paczki), ale trzeba za to zapłacić. Jeżeli nie zrobisz tego na lotnisku, to jeśli Cie złapią poza, kara wynosi 10 000 (nie wiem w jakiej walucie, tak czy inaczej się nie opłaca). Po zapłaceniu 7 dolarów, możemy iść dalej.
Już w trakcie krótkiej drogi do hotelu widać niesamowitą różnice w stosunku do innych odwiedzonych przeze mnie krajów. Jest czysto, wszystko jest zadbane, duża przestrzeń, mało ludzi i samochodów. Widać jakieś rozplanowanie miasta. A przede wszystkim jest pięknie! Totalnie cudownie. Bajkowe królestwo.

Po szybkim obiedzie zwiedzamy świątynie oraz fort miejski. Uderza od razu jak te obiekty są zadbane, jasne i czyste. Wchodząc do świątyni ściąga się buty. Trzeba również być w długich spodniach i w bluzce z długim rękawem. Nie ma tłumów, nikt się nie przepycha i nigdzie nie śmierdzi. Wchodząc do fortu rodzimi mieszkańcy Bhutanu muszą zakładać specjalna chustę, symbolizująca ich status. A w ogolę wszyscy noszą narodowy strój, co wygląda, przynajmniej dla mnie przepięknie. Mężczyźni ubrani są w połączenie kimona ze szkocka spódnicą plus czarne podkolanówki. Trochę mi to przypomina rzymskie togi. W każdym bądź razie robi wrażenie nie z tej epoki. Kobiety mają długie spódnice i coś w rodzaju bluzki-marynarki. Ogólnie jak na azjatów, wszyscy są wysocy.

Po zwiedzaniu przyszedł czas na sprawdzenie się w narodowym sporcie czyli łucznictwie. Profesjonaliści stojący obok nas używali łuków refleksyjnych, natomiast my zwykłych o ile się nie mylę bambusowych łuków ćwiczeniowych. Ciężko było 🙂 O ile z naciągnięciem cięciwy nie miałam problemu, o tyle trafianie do celu do zupełnie inna historia. No cóż, nie każdy urodził się Robin Hood’em.

Po kolacji przyszedł czas na rozpustę. Dzisiaj w menu bhutański masaż gorącymi kamieniami.


Zobacz galerię zdjęć z Bhutanu na smieszynkaphoto.com