Autostopem na Mont Blanc

Paryż – miasto… sukni ślubnych!

Paryż, Wieża Eiffela
Paryż, Wieża Eiffela
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

27 czerwiec

Mimo, iż wczoraj autobus się spóźnił ponad godzinę, w Paryżu byliśmy na szóstą rano.  Jakież było nasze zaskoczenie, gdy nie wylądowaliśmy w centrum, a na obrzeżach miasta.  Tak się jakoś złożyło, że żadne z nas nie sprawdziło gdzie jest dworzec Eurolines. Bo na pewno nie pod Luwrem! W takich wypadkach, co tu dużo mówić, przydają się najnowsze technologie czyli GPS w komórce.  Wpisujemy adres hotelu i naszym oczom ukazuje się pięknie wyrysowana trasa, biegnąca przez cały Paryż o długości 16 km. Jako, że było jeszcze bardzo wcześnie, a zameldowanie w hotelu mieliśmy dopiero od drugiej po południu, stwierdziliśmy, że się przejdziemy! A co! Skoro na GR20 się nie udało, to może chociaż w stolicy da radę. Troszkę się gubiąc po drodze, ruszyliśmy w stronę centrum.  Paryż o tej porze definitywnie nie powalił nas na kolana. Pomijając wszechogarniający smród, co chwilę natrafialiśmy na porozrzucane śmieci na chodniku bądź jezdni. Generalnie mało przyjemny widok i to nie tylko na obrzeżach. Mimo wszystko, fajnie nam się szło.

Jak to zazwyczaj bywa o 7 nad ranem podczas kilkunastokilometrowych spacerów, Śmieszynka wpadła na jeden ze swoich genialniejszych pomysłów. Dla tych co nie wiedzą, na grudzień zaplanowana jest uroczystość oficjalnego przyłączenia nazwiska Tomka. I tak sobie idąc  po tym Paryżu, stolicy mody, oglądając wystawy w oknach, rzuciły mi się w oczy suknie ślubne.  Tak właśnie zrodziła się myśl  ‘dlaczego nie kupić w sukienki w Paryżu?!?! ‘No to powstał plan na następną część dnia.  Wciąż mieliśmy mnóstwo czasu, więc postanowiliśmy iść do Starbucksa na kawę, a po drodze kupić jeszcze coś do jedzenia w pobliskiej patisserie.  Według mapy musieliśmy nadłożyć troszeczkę drogi, ale było warto. Kto był już kiedyś w Paryżu na kawie, to wie, że we wszystkich kawiarenkach podają ją najwyżej na dwa łyki. My potrzebowaliśmy wielkiego kubka i… darmowego internetu. Zrobiliśmy sobie godzinny postój, w końcu nie wyspaliśmy się w nocnym autobusie, a przed nami jeszcze 8 km. Znaleźliśmy sklepy z sukienkami i zaznaczyliśmy na mapie. Ku naszej radości,  zauważyliśmy, że jeden z nich jest niedaleko naszego hotelu. Ruszyliśmy z powrotem w drogę i około 12.30 zameldowaliśmy się w Median Paris. Po tygodniu zimnego prysznica pełnią szczęścia okazała się wanna wypełniona gorącą wodą. Czasami tak nie wiele potrzeba.

Po krótkiej drzemce wyruszliśmy na poszukiwanie sklepu. Zupełnie niepozorny znajdował się w malutkiej uliczce. Ciągniemy za klamkę… zamknięty! Po chwili otwiera pani i pyta, co my tu w ogóle chcemy. Na co dzielnie odpowiadam: szukam białej sukienki. Okazuje się, że tak łatwo nie ma – tu trzeba się umówić na spotkanie. Z minami największych ofiar i rozbrajającym uśmiechem, mówimy, że my przecież nie wiedzieliśmy. Na szczęście w tym samym czasie przyszła do drzwi kierowniczka, pewnie zaniepokojona hałasami. Ku naszemu zdziwieniu powiedziała, że nie ma problemu, możemy sobie wejść i pooglądać. Nie wiem, czy wyglądaliśmy na potencjalnych klientów, ubrani w trekkingowe ciuchy. W każdym bądź razie tak mi się spodobała jedna z sukienek, że postanowiłam ją sobie zamówić. Kierowniczka Zoe pobrała wszystkie miary, wymieniłyśmy się mailami i zostawiła wizytówkę z  adresem swojej strony internetowej, z której oficjalnie miałam kupić suknię.  Trzy tygodnie później mam suknię ślubną z Paryża od profesjonalnego designera za… co najmniej połowę (jak nie jedną trzecią) ceny standardowej sukni ślubnej w Polsce. I kto mówi, że się nie da tanio i w Paryżu?

Zaraz po tych jakże udanych zakupach, poszliśmy pod wieżę Eiffela. Ostatnim razem jak tam byłam pod koniec listopada 3 lata temu, można było wejść za darmo schodami na pierwszy poziom. Zobaczyliśmy straszne kolejki, i stwierdziliśmy, że to na pewno są Ci wygodni, którzy windą jadą. Nie zastanawiając się długo, ominęliśmy kolejkę i chcieliśmy się obejść wyjściem z wieży. Przemiła kontrola zatrzymała nas i wytłumaczyła, że Ci wszyscy ludzie stoją tam nie bez powodu. Za wejście o własnych siłach również trzeba zapłacić. Jako, że bardzo nie lubimy marnować czas stojąc bez sensu, zrezygnowaliśmy z wyjścia na górę.  W szczególności, że zaczynało lekko padać.  Zrobiliśmy jedno zdjęcie i wróciliśmy do hotelu, zahaczając o Chińczyka.


Zobacz galerię zdjęć z Francji na smieszynkaphoto.com