Autostopem na Mont Blanc

Piza, włoski szpital

Piza, wieża,katedra
Piza, wieża,katedra
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

21 czerwiec

Dzień zaczął się od ambitnego planu przesiedzenia go, a właściwie przeleżenia na basenie.  Już się zebraliśmy, przebraliśmy w stroje kąpielowe, została tylko ostatnia rzecz do wyciągnięcia z namiotu. Niestety położona bardzo daleko. Śmieszynka weszła do środka… gorzej było z wyjściem. Kiedy już się zbierała do wyjścia, coś niesamowicie ją “poszczyknęło” jak mawia jej tata. Powietrze z płuc wyszło, kręgosłup się wygiął pod jakimś dziwnym kątem i odmówił posłuszeństwa. Ledwo wyszła stamtąd i stwierdziła, że może nie jest tak źle jakby się wydawało. Po prostu przeleży to przy basenie i przejdzie. Optymistka! Idzie, boli ją, kładzie się, boli ją, usiadła… boli ją. Stwierdziliśmy, że cudowne uzdrowienie raczej nie nastąpi w najbliższym czasie. Wybraliśmy się do szpitala. Według mapy miał on być położony jakieś 800 m od naszego kempingu. Pestka, idziemy na nogach.  Tyle to przejdziemy na nogach przecież.  Dotarliśmy na miejsce i zaczęliśmy szukać izby przyjęć. Niestety nic takie nie rzuciło nam się w oczy, więc postanowiliśmy zapytać pierwszej wychodzącej z budynku osoby, gdzie to jest. Miła Włoszka na migi i we własnym języku wytłumaczyła nam, że owszem jest to i szpital, ale… uniwersytecki. Izba przyjęć jest w innym szpitalu, za miastem. Swoją drogą, gdybyście się zastanawiali jak się o to zapytaliśmy, bo pani kompletnie nie znała angielskiego to już wyjaśniamy, że pomogło nam jedno słowo. Idąc w stronę uniwersytetu widzieliśmy znaki z czerwonym krzyżykiem i łóżkiem szpitalnym podpisane “Pronto (i tu jeszcze jakieś słowo w stylu secur, securs, no, coś na “s” w każdym bądź razie)”. Rozmawiając z panią użyliśmy “pronto” i pokazaliśmy na plecy. Koniec języka za przewodnika, jak mawiała moja świętej pamięci babcia.

Za miasto, to raczej iść już nie chcieliśmy. Postanowiliśmy pojechać taksówką, ale skąd ją wziąć o 8 rano w centrum miasta? Myśleliśmy, że gdzieś po drodze będą postoje. Nie było, po 10 minutach Śmieszynka ledwo żywa spoczęła sobie na ławce, a Tomek poszedł do apteki… zamówić taxi. Na szczęście, Włosi są na tyle mili, że zrobili to za niego. Nie to żebyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy;)  Jakieś 15 minut później wylądowaliśmy w końcu na izbie przyjęć. Pani w rejestracji, mimo, iż wydawało mi się, że dobrze mówi po angielsku, nie chciała ze mną rozmawiać. Zawołała kolegę, który znał angielski jako tłumacza. W międzyczasie ku mojemu wielkiemu zdziwieniu poprosiła tylko o paszport. Ja się przygotowałam na niebieskie karty, kopie ubezpieczenia i inne cuda na kiju, a tu nic. Wciąż jestem ciekawa, gdzie przyjdzie rachunek, gdyż w Polsce ubezpieczenia nie posiadam (a pokazałam polski paszport),   niebieska karta jest natomiast angielska (ale jej nie widziała).  A może wszystko będzie za darmo? Zobaczymy. Po wyjaśnieniu koledze-tłumaczowi co mi jest, dostaliśmy numerek do kolejki. Z tego co ja zrozumiałam powiedział, że ktoś po nas przyjdzie i nas zabierze. Nic, z tych rzeczy. Czekaliśmy w poczekalni na swoją kolej. Numerki wywoływali oczywiście po włosku. Nasza znajomość tego języka ograniczała się, jak już wspomniałam do jednego słowa “pronto”. Wymyśliliśmy, że jak nikt nie wstanie to pewnie będzie nasz. Odczekaliśmy dobrą godzinę, w końcu na jeden z numerków nikt się nie zebrał. Wstaliśmy więc i my, pokazaliśmy komuś obok karteczkę, ktoś pokiwał głową. Idziemy!

Wytłumaczyłam ładnie lekarzowi, co sobie zrobiłam, gdzie mnie boli i że się obawiam, że dysk mi wypadł. Zbadał mi kręgosłup i stwierdził, że prawdopodobnie jest to “muscle contraction”. Gdyby sprawdzić to w słowniku znaczy to mniej więcej tyle co skurcz mięśnia. Wydaję mi się, że mogło to jednak być coś gorszego. Lekarz, widząc moją niezadowoloną z werdyktu minę, postanowił przywalić mi zastrzyk domięśniowy. Powiem wam, że na długo go zapamiętam. Nigdy nie płakałam z bólu, a tutaj same mi łzy aż poleciały. Jeszcze się mnie lekarz zapytał zaraz po, czy wszystko OK. Nie, nie, nie ok. Teraz to ja nie wiem co mnie bardziej boli, czy plecy czy ręka. Obstawiałabym, że raczej ręka.  Tak poważnie, to zastrzyk zaczynał działać, mogłam już normalnie bez bólu chodzić, niestety ręki do wieczora nie podniosłam.

Wróciliśmy do miasta już autobusem. Dzisiaj i tak już nic nie zrobimy, więc wykonamy plan z rana.  Idziemy na basen. Może pomoże na moje plecy. Położyliśmy się w wodzie i zaczęliśmy się głęboko zastanawiać. Nad czym? Plan na jutrzejszy dzień zakładał łapanie stopa z ciężkim plecakiem. Pytanie, czy ja w ogóle mogę podnieść plecak. Na dzień dzisiejszy, nie bardzo. Czy Tomek może wziąć dwa? Czy ja w ogóle jutro będę w stanie wstać po nocy na macie w namiocie? Nie mam pojęcia. Zaczęliśmy więc opracowywać plan B. Wymyśliliśmy, że jeśli żadne z powyższych nie jest możliwe, to weźmiemy taxi na dworzec kolejowy i pojedziemy pociągiem do Turynu. Tam znajdziemy sobie hotel i następnego dnia wyruszymy autobusem do Chamonix. Trochę się uspokoiliśmy. Nasza wyprawa nie jest zagrożona, a będzie jedynie bardziej wygodna. Ufff.

Jako, że po całym dniu w wodzie plecy jakoś przestały mnie boleć (nie to żeby ręka), wybraliśmy się na kolację z widokiem na wieżę. Od razu mówię, że nie warto;) Lepiej zjeść, gdzieś dalej od centrum. Po pierwsze jest tam chyba najdrożej i najmniej. Jedyny plus jaki znaleźliśmy to wi-fi. Spędziliśmy ponad dwie godziny sprawdzając wszystkie ewentualności jakie mogą się wydarzyć następnego dnia.  Teraz pisząc już z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że będzie to jeden z najlepszych dni całej wycieczki.


Zobacz galerię zdjęć z Włoch na smieszynkaphoto.com