Autostopem na Mont Blanc

Rowerami po Alpach

Alpy, Brevent, jeziorko
Alpy, Brevent, jeziorko
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

26 czerwiec
Dzisiaj miał być ostatni dzień w Alpach. Kompletnie nie mieliśmy planu jakby go spędzić toteż nie śpieszyliśmy się za bardzo. Nasz Multipass na kolejki już się skończył, a jakoś nie chciało nam się podchodzić na nogach. Trochę się rozleniwiliśmy przyznam szczerze. Dodatkowo do 12tej musieliśmy się zebrać z kempingu i po prawdzie nie mieliśmy się gdzie podziać do ósmej wieczorem. W nocy znowu padało i oczywiście przemókł nam namiot. Oczywiście rano – piękna pogoda, akurat jak mamy wyjeżdżać. W końcu zobaczyliśmy Mont Blanc w całej okazałości. Porobiliśmy parę zdjęć z oddali. Widoczność fantastyczna. Dzisiaj można by było polecieć na paralotni. Niestety tak jakoś nam zeszło ze śniadaniem, suszeniem namiotu i ogólnym zbieraniem się, że jak skończyliśmy to akurat była dwunasta. Dogadaliśmy się z właścicielem pola namiotowego odnośnie zostawienia naszych wielkich plecaków na cały dzień i poszliśmy do centrum informacji turystycznej zarezerwować w końcu ten nieszczęsny hotel w Paryżu. Zeszło nam z tym godzinę. Przez pierwsze pół nie mogliśmy się pogodzić z cenami.

Tak sobie leżeliśmy na leżaczkach przed centrum, ładnie świeciło słoneczko i zrobiło nam się szkoda dobrej pogody. Wymyśliliśmy, że pożyczymy sobie rower. A co! Co prawda Śmieszynka ostatni raz siedziała na tym wehikule w czasach jeszcze podstawówki, ale do odważnych świat należy. Podeszliśmy do pierwszej wypożyczalni, niestety zamknięta – czas sjesty. Nie przeszkodziło nam to oglądnąć wszystkich dostępnych modeli. Bardzo chciałam pojeździć sobie na szosówce. Tomek się śmiał ze mnie, że na pewno nie będę potrafić. Próbowałam sobie usiąść na tym i coś mi nie wychodziło 😉 Znudzeni czekaniem poszliśmy po jakąś wodę do picia. Po drodze trafiliśmy na kolejną wypożyczalnię, tym razem otwartą.


Tomek namówił mnie w końcu na górski rower. Jak się okazało był to dobry pomysł, bo nie jeździliśmy tylko po asfalcie. Zapytaliśmy się sprzedawcy, gdzie tu są jakieś miłe, łatwe i przyjemne trasy. Generalnie są cztery, trzy krótkie i jedna na 32 km. Od razu zdecydowaliśmy, że tej ostatniej nie zrobimy (przynajmniej ja na pewno nie!). Już po parunastu metrach zdążyliśmy się zgubić;) Niestety jest to wszystko jakoś kiepsko oznaczone. Dojechaliśmy do następnej miejscowości i w sklepie zapytaliśmy o drogę. Udało nam się w końcu trafić na szutrową drogę, która powinna być naszą trasą. Znowu coś jednak pobłądziliśmy i wylądowaliśmy z powrotem w Chamonix. Zdecydowaliśmy, że trzeba wrócić i zrobić ją od początku dokładnie za znakami. 20 min później dojechaliśmy do miejsca, w którym zaczynała się szutrowa droga. Staraliśmy się podążać za oznaczeniem, w szczególności, że wszystkie 4 trasy się łączyły i rozłączały co chwilę. Wybieraliśmy takie nie-pod-górę, ale nie po asfalcie. Generalnie było super! Godzinę później dojechaliśmy jeszcze raz do Chamonix, a potem zdecydowaliśmy się jechać dalej. Po drodze minęliśmy jeziorko i ściankę wspinaczkową (dla której myślę, warto wrócić). W sumie jeździliśmy 2,5h i przejechaliśmy 26km. Co dla mnie osobiście po 15 latach od ostatniego kontaktu z pojazdem zwanym rowerem, to spory wyczyn.

Wróciliśmy z powrotem na kemping, zjedliśmy kolację, pograliśmy w karty i zebraliśmy się na autobus. Razem z nami na dworcu czekały jeszcze dwie osoby. Żadna do końca nie była przekonana, że stoi w dobrym miejscu. My również. Wrażenie to potęgował fakt, iż autobus się spóźniał. Czekamy 15 minut, pół godziny, 40 minut. Powoli zaczęły nawiązywać się rozmowy. Takim właśnie sposobem poznaliśmy historię Białorusina, który wspiął się na Mont Blanc. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby: a)nie był pierwszy raz w górach b) pierwszy raz używał raków i czekana c)kompletnie nie miał odpowiedniego sprzętu. Zapłacił 55 euro za przewodnika i wejście na szczyt. No to wszedł… w dwie i pół godziny. Podobno pogoda im się załamała i musieli pędzić. Mocno się wystraszył i nie wie czy jeszcze kiedyś to powtórzy.

W Chamonix zapada już zmrok. Dzwonimy na infolinię Eurolines, słyszymy melodię… 5 minut, 10 minut, po 15nastu ktoś łaskawie odbiera. Autobus jest spóźniony ponad godzinę przez jakąś kontrolę na granicy. W końcu nadjeżdża, wysiada dwóch kierowców, z czego jeden krzyczy po polsku: “Którzy to Polacy? Przyznawać się!”. Okazało się, że byli na tyle mili, że od samego początku swojej trasy (nie mam pojęcia skąd jechali) trzymali dla nas podwójne miejsca z przodu 🙂 Za 10 godzin – Paryż!


Zobacz galerię zdjęć z Francji na smieszynkaphoto.com