Podróż dookoła świata

Sajgon w Sajgonie…

Wietnam. Sajgon.
Wietnam. Sajgon.
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

12.01

Dziś czas pożegnać Hanoi i przenieść się bardziej na południe. Jako, że przez ostatnie dwa dni nie zauważyliśmy jako takiej komunikacji miejskiej, postanowiliśmy po burżujsku pojechać taksówką na lotnisko. Wyruszyliśmy dosyć wcześnie rano, mając na uwadze ruch i wszechobecne korki. Jechaliśmy dosyć długo i przez całą drogę zastanawialiśmy się czy kierowca to aby umie jeździć. Z drugiej strony patrzyliśmy na to wszystko z punktu europejskiego kierowcy. A to są dwie różne rzeczy. Podstawowe zasady w większości państw Azji Południowo – Wschodniej są zupełnie inne. Przykład numer 1: Czerwone światło nie oznacza, że ktoś się zatrzyma. Z naszego doświadczenia wynikało, że najprawdopodobniej nie zrobią tego skutery. Jeżeli masz zielone to również nie oznacza, że nikt Ci nie wyjedzie z naprzeciwka, z boku lub pod prąd. Jeżeli jesteś duży to łatwiej Ci przejechać, ale też musisz mieć oczy dookoła głowy. W związku z tym średnia prędkość na większości dróg wynosi ok. 30 km/h. Pomalutku więc jechaliśmy na lotnisko, trąbiąc co nie miara. Tutaj taki zwyczaj – żeby się ostrzegać. Wyróżniliśmy kilka rodzajów trąbień: uwaga-wyprzedzam, uwaga-gdzie-leziesz-turysto, uwaga-jadę, uwaga-nie-wyjeżdżaj-z-bocznej, uwaga-jestem-większy, dziękuję-że-mogłem-wyprzedzić, czerwone-mnie-nie-dotyczy. Powiem tak, na tych małych zatłoczonych uliczkach system doskonale się sprawdza. Gorzej jak się wjedzie na autostradę.

Właśnie przez tą jazdę autostradą zastanawialiśmy się, czy kierowca umie jeździć. W Wietnamie obowiązuje ruch prawostronny. Proste. Tylko, że większość kierowców jeździ po stronie lewej, a z prawej się wyprzedzają. Tego mój umysł troszkę nie ogrania. Proszę sobie wyobrazić – mamy 3 pasy w jednym kierunku. Nasza taksówka jedzie po lewej, zajmując dwa pasy naraz (bo czemu nie?). Jeżeli chce wyprzedzić to robi to po prawej stronie trąbiąc!!! Dodam, że ruch jest naprawdę niewielki, raptem pięć samochodów na krzyż (bo autostrady są płatne). Jedziemy też ze zniewalającą szybkością 60 km/h. Na autostradzie! Bez samochodów! A szosa w lepszym stanie niż na trasie A4 Kraków – Katowice! Nie bardzo mieściło nam się to w głowie.  Założyliśmy, że to po prostu kwestia przyzwyczajenia po jeżdżeniu w mieście. W każdym bądź razie w jednym kawałku udało nam się dotrzeć na lotnisko.

Tutaj czekało nas kolejne zdziwienie. Weszliśmy do terminalu krajowego i zobaczyliśmy mnóstwo ludzi. Loty krajowe mają to do siebie, że tak naprawdę mało kto nimi lata, jest szybsza odprawa i zero kolejek. Zazwyczaj się leci jakimś śmigłowym samolocikiem i tyle. Nie w Wietnamie. Przy odprawie stanęliśmy w mega długiej kolejce. Po pół godzinie nie przesunęliśmy się ani na krok. Kolejka za nami zawijała już dwa razy. Co się działo przed nami? Większość z was pewnie lata bądź latała tylko na trasach europejskich. Tak samo jak ja do tej pory. Dla mnie jest normalne, że do samolotu można wznieść bagaż w formie walizki, plecaka, torebki ewentualnie wózka. Na tym kończy się dostępny dla mojego mózgu asortyment. Wietnam mnie zaskoczył. Tam, bagażem rejestrowanym mogą być również różnego rodzaju paczki, paczuszki, pudełka, coś w stylu pudełek oklejone styropianem, a także worki na ziemniaki. Większość ludzi przed nami miała bagaże jak na 6-cio miesięczną wyprawę. Nie wiem ile dokładnie przypada sztuk na osobę, ale 90% wózków było po prostu przeładowane. Dodam jeszcze, że to wszystko wydłużało odprawę w nieskończoność. W końcu i nam się udało, przeszliśmy przez bramki i ze zdumieniem odkryliśmy, że lot będzie odbywał się na pokładzie jednego z największych samolotów – Boeinga 777. Razem z nami do Sajgonu leciało jeszcze 400 osób (i nie był to jedyny lot tego dnia). Było ciasno. Już się troszeczkę uspokoiłam jeżeli chodzi o latanie. Właśnie podali obiad. A tu nagle…

Moje ukochane turbulencje. Żołądek napiera na serce, które i tak jest już przełyku. Zamykam oczy. Przytulam się do Tomka. W zasadzie to miażdżę mu ze strachu ramię. Rozlega się komunikat o zapięciu pasów i nie spodziewanych turbulencjach. Oczy wychodzą mi z orbit. Zamykam je z powrotem. I zaczyna się. Skaczemy to w dół, to w górę. Właśnie zjedzony obiad zaczyna się buntować. Ogarnia mnie panika. Nie mogę oddychać. Tomek mnie uspokaja. Mówi do mnie. Nie wiem w zasadzie co, bo przed oczami widzę wrak samolotu. Mój mózg analizuje wszystkie możliwe scenariusze, a z żadnego nie wychodzę żywa. Próbuje powoli się koncentrować na oddechu. Spadamy w dół. Teraz do góry. I znowu w dół. I tak przez dwie godziny. Jestem wyczerpana z emocji. Pan na fotelu obok śpi w najlepsze. Czuję się w innym świecie. Wreszcie wylądowaliśmy. Co za ulga. Nienawidzę turbulencji.

Sajgon przywitał nas upałem. Troszeczkę nam było tego trzeba. Jako, że jeszcze była wczesna pora, poszliśmy poszukać autobusu nr. 152 do centrum. Zatrzymywał się na anonimowym przystanku akurat przy naszym terminalu. Mapy z trasą nie było. Zapłaciliśmy 20 000 wietnamskich dongów (ok.3,50 PLN) za siebie i plecaki. Włączyliśmy gps’a i jedziemy. Wysiedliśmy przy jakimś większym rondzie ok. 500 metrów od hotelu. Później walczyliśmy o życie na przejściu dla pieszych. W końcu udało nam się dotrzeć pod wskazany adres… tylko hotelu tam nie było. Przeszliśmy ulicę wzdłuż i wszerz.. i nic! W końcu zapytaliśmy się lokalnego, gdzie jest nasz hotel (jak to wygląda w praktyce: pokazaliśmy telefon z adresem). Pan krzyknął: “No” i narysował w powietrzu inny numer. No tak, mieliśmy zły adres. Podziękowaliśmy i już bez przeszkód trafiliśmy do hotelu.

Sajgon nocą.

Sajgon nocą.

Troszeczkę zgłodnieliśmy, więc wyszliśmy poszukać jakieś knajpy. Znowu przeszliśmy naszą ulicę wzdłuż i wszerz. Pora jeszcze była mało obiadowa, ale w końcu zdecydowaliśmy się na jeden z lokali, gdzie siedziało kilku ludzi. W ogóle jak rezerwowałam hotel pół roku wcześniej to do końca nie wiedziałam, gdzie w Ho Chi Minh City tak naprawdę trzeba się zatrzymać. Bardziej chyba sugerowałam się ceną. Po przyjeździe okazało się, że zatrzymaliśmy się na jednej z najbardziej turystycznych ulic. Co 100 metrów stał hotel bądź hostel, a obok same restauracje i salony masażu. W jednej z nich zjedliśmy obiad popijając piwem o bardzo oczywistej nazwie “Saigon”. Na przeciwko naszego stolika po drugiej stronie ulicy znajdowała się agencja turystyczna. I tak sobie pomyślałam “a może by tak pojechać jutro na jakąś wycieczkę?”. Oczywiście przeszliśmy po drodze parę innych agencji, aż w końcu trafiliśmy na dosyć fajną ofertę.  Zakupiliśmy “One Day Mekong Delta 4 Islands” za bagatela 8$ za osobę. Po drogich laotańskich wycieczkach bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy ceną. W pakiecie zagwarantowane było: przejazd do Delty (ok. 2h), zwiedzanie po drodze świątyni, przejazd dużą łodzią do czterech wysp, przejazd małymi łódkami po jednej z wysp, lunch, przejazd dorożką oraz woda butelkowana.

Wietnam. Sajgon. Opera

Wietnam. Sajgon. Opera

Jako, że właśnie uciekł nam w Sajgonie jutrzejszy dzień, przełożyliśmy zwiedzanie wszystkiego co ciekawsze na dzisiaj.Na pierwszy ogień poszła opera z racji tego, że była położona najdalej. Oczywiście poszliśmy sobie piechotą. Powoli robiło się ciemno, więc upał nie doskwierał nam aż tak bardzo.  Po całej już przygodzie ze zdumieniem odkryłam, że było to jedyne miasto w Azji, w którym nie baliśmy się chodzić po nocy. Trzeba też przyznać, że akurat na tej szerokości geograficznej ściemnia się już o 18.00tej.  W drodze do opery  natrafiliśmy na kolejny targ. Tomek nie mógł się przemóc i zaciągnął mnie do środka. Oczywiście sprzedawano wszystko – owoce, warzywa, przyprawy, koszulki, kurtki, buty, cokolwiek Ci przyjdzie do głowy. Na jednym ze stoisk Tomek skusił się na kupno “oryginalnej” koszuli Tommy Hilfinger. Po prawdzie była mu potrzebna na czekającą nas kolację w pięciogwiazdkowym hotelu sponsorowaną przez jednego z dyrektorów sieci luksusowych obiektów na całym świecie, który kiedyś podwiózł nas na stopa w Mediolanie. Pół godziny później znaleźliśmy się pod budynkiem opery. Porobiliśmy parę zdjęć i ruszyliśmy w stronę katedry Notre Dame. Nie udało nam się wejść do środku, bo było już zbyt późno. Po drodze zobaczyliśmy też budynek poczty. Robiło się już coraz później, więc postanowiliśmy wrócić do hotelu. Jutro czekała nas pobudka wcześnie rano i wycieczka po delcie Mekongu…

Zobacz galerię zdjęć z Wietnamu na smieszynkaphoto.com