Podróż dookoła świata

Tokio w jeden dzień

Tokio świątynia Senso-ji
Tokio świątynia Senso-ji
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

2.01

Obudziliśmy się w zimnie. Zebraliśmy się szybko, bez śniadania, bo przecież zjemy po drodze. Razem z mapą doszliśmy do stacji, no właśnie stacji czego? Rozglądamy się po tablicach, jakieś dziwne mapki i trochę się nie pokrywają ze sobą. Wszędzie krzaczki i jakieś numerki. Nie bardzo wiedząc co robić podeszliśmy do automatu z biletami. Jest zbawienny przycisk “English”. Teraz to co innego. Sprawdzamy całodzienne bilety. W przewodniku pisało, że najbardziej się opłaca kupić na wszystkie linie metra i kolejkę JR. Kosztuje to całe 1590 yenów za osobę (ok.50 zł). Wydawało nam się, że to trochę za dużo. Popatrzyliśmy jeszcze raz na mapę, sprawdziliśmy, gdzie jest większość zabytków i jakimś cudem stwierdziliśmy, że wystarczy tylko kupić bilet na kolejkę JR. Był on o połowę tańszy i za dwie osoby zapłaciliśmy 1500 yenów.

Naszym pierwszym przystankiem miał być pałac cesarski wraz z ogrodami. Wysiedliśmy na Tokyo Station i właściwie podążyliśmy za tłumem. Po raz pierwszy widzieliśmy tak wielu ludzi na raz. Zastanawialiśmy się, gdzie oni wszyscy idą. Zagadka rozwiązała się po paru minutach. Wszyscy zdążali dokładnie w tym samym kierunku co my. Ale po co? Pomijając fakt, że jest to jedno z najbardziej turystycznych miejsc, to wątpię, by przyciągało tylu Japończyków w dzień, który jest uważany za wolny od pracy. Objawienie pojawiło się wraz z tablicą informacyjną ‘kolejne pojawienie o 10.30’. Aaaa toż to sam cesarz ukazuje swoje oblicze skromnemu ludowi. Później się dowiedzieliśmy, że robi tak tylko raz do rok. Zaszczyt nas kopnął niezmierny, a tak po prawdzie to wiedział, że przyjeżdżamy i chciał nas jakoś specjalnie przywitać. Wracając jednak do tłumu, nie był on bynajmniej tworem chaotycznym, przepychającym się czy bezładnym. O nie. Były wyznaczone specjalne linie w obrębie których można się było poruszać. Po drodze trzeba było przejść dwie kontrole. Wszystko szybko i sprawnie. W przeciągu pół godziny znalezliśmy się wraz z nieskończoną ilością Japończyków z flagami w rękach na placu przed pałacem. Po pięciu minutach flagi uniosły się do góry, zaczęły trzepotać, a napięcie sięgnęło zenitu. Oto On ukazał się na przeszklonym balkonie wraz z rodziną. Przemówił do narodu, a naród w odpowiedzi zaklaskał. Trwało to kilka minut, w trakcie których Tomkowi udało się zrobić zdjęcie. Górował nad tłumem to miał dobrą widoczność 🙂

Powitanie cesarza ujęło nas za serce tak, że chcieliśmy zobaczyć również jego ogrody. Niestety z powodu całego tego pozdrawiania były zamknięte. W związku z tym postanowiliśmy w końcu coś zjeść. Szliśmy dosyć długo, ale nie napotkaliśmy żadnej restauracji. Zdecydowaliśmy się wrócić z powrotem do Tokyo Station i podjechać gdzieś bliżej naszej następnej atrakcji – światyni Senso-ji. Dalej słabo się orientowaliśmy zarówno w kolejkach, jak i w mieście. Postanowiliśmy to zmienić. Tomek znalazł informację turystyczną na stacji i w końcu udało nam się dostać porządną mapę. Jako, że mieliśmy bilet tylko na linie JR, to podjechaliśmy do najbliższej naszego celu stacji o nazwie Ueno. Zaraz po wyjściu natrafiliśmy na knajpkę z maszyną w środku. Wiedząc już co robić i mając tłumaczenie od razu na guzikach, nie było już większego problemu z zamówieniem czegoś innego niż ryż.

Pół godziny później byliśmy już z powrotem w drodze do światyni. Jednak na nóżkach było trochę daleko. Przy świątyni znowu powitał nas niebotyczny tłum. Na szczęście kolejka dotyczyła tylko wejścia do środka. Zrezygnowaliśmy z bycia jedną wielką masą i odłączyliśmy się przy pierwszej okazji skrętu w bok. Okazało się, że oczywiście wybraliśmy się na zwiedzanie podczas jednego z najważniejszych świąt. W związku z tym część Japończyków, zarówno kobiety jak i mężczyźni, byli ubrani w swoje tradycyjne stroje. Obejście całej świątyni wraz z kapliczkami zajęło nam około 20 min. A potem…. A potem dopadła nas zmiana czasu. Nasz entuzjazm i poziom otwartych oczu gwałtownie spadł. Mimo to stwierdziliśmy, że damy radę zwiedzić park Ueno, o ile podjedziemy metrem. Oczywiście musieliśmy kupić osobny bilet na metro za 160 yenów od osoby. Zanim jednak dotarliśmy do metra, po drodze zobaczyliśmy kawiarnię. Szybka decyzja – może kawa nam pomoże. W środku zobaczyliśmy największą hipokryzję Japonii. Otóż, na ulicach nie wolno palić papierosów, bo to miejsce publiczne, bo zatruwasz innym powietrze itd. W kawiarniach natomiast możesz palić w środku. Jest strefa dla palących nie oddzielona niczym od reszty lokalu. Strefę wyznaczają popielniczki na stołach. W związku z tym cały lokal jest oczywiście zadymiony. I to jest OK, na ulicy już nie.

W końcu dotarliśmy do parku, a tam… tłumy. Kolejka do wejścia do Muzeum, które się tam znajduje, zakręcała trzy razy na zewnątrz. Zgodnie odpuściliśmy sobie. Poplątaliśmy się wśród zieleni i doszliśmy do wniosku, że jeszcze przydałoby się zobaczyć Tokyo z wieży widokowej (Tokyo Skytree).  Znowu musieliśmy podjechać metrem i kolejny raz kupić dodatkowy bilet. Już na miejscu znowu spotkały nas tłumy. Wypatrzyliśmy, że pod wieżą rozdają jakieś kartki. Pierwsza myśl – darmowe bilety. To lecimy po tą kartkę. Jest udało się mamy dwie. Czytamy… Hmm… Właśnie dostaliśmy kartkę, która mówi, że możemy stanąć w kolejce do kasy o 20.30 !!! Dodam, że była dopiero 17ta. Dotarł właśnie do nas cały bezsens sytuacji. Zrezygnowaliśmy z wieży również. Wróciliśmy metrem z powrotem, kupując kolejny bilet.

Na sam koniec zostawiliśmy sobie najbardziej ruchliwe skrzyżowanie świata. Lekko przysypiając podjechaliśmy kolejką do stacji Shibuya. Dodam, że Tomek bardzo nalegał, żebyśmy je zobaczylimy, ponieważ był 3 lata temu właśnie tam i bardzo mu się podobało. Wysiedliśmy, idziemy za znakami, wychodzmy na zewnątrz, a tu skrzyżowania… nie ma. Pytam się Tomka gdzie to jest. Dowiaduję się, że on nie wie. – Jak to nie wiesz, skoro byłeś tu 3 lata temu?
– No nie wiem.
OK, to idziemy szukać. Skrzyżowanie nie może się zgubić. Raczej. Po obejściu całej stacji dookoła w końcu udało się znaleźć. Bilans kolejnych kilku minut: jeden papieros, 10 zdjęć, krótki spacer i PIERWSZA i JEDYNA restauracja z sushi, jaką widzieliśmy. Potem pół godziny zeszło nam wrócić do ryokanu. Przy okazji odkryliśmy stację bliżej hotelu. Na wiele nam się to nie przyda, jutro wyjeżdżamy. Bardzo żałujemy, że nie mieliśmy więcej czasu na Japonię. Kiedyś na pewno wrócimy. Najlepiej w lecie.