Podróż dookoła świata

Tuk tukiem przez Phnom Penh

Phnom Penh. Pałac Królewski.
Phnom Penh. Pałac Królewski.
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

15.01

Jedziemy tuk tukiem.

Jedziemy tuk tukiem.

Dziś czekało nas zwiedzanie stolicy. Podjęliśmy męską decyzję o wstaniu wcześnie rano, by ominąć największy upał. Okazało się to jednym z najlepszych naszych pomysłów. O ósmej rano po śniadaniu wyszliśmy przed hotel, gdzie już czekały na nas tuk tuki. Jako, że nasz plan zakładał zobaczenie Pól Śmierci, które są położone za miastem, zaczęliśmy negocjacje. Kierowca w ogóle nie mówił po angielsku, ale dla biznesu nigdy nie jest to przeszkoda. Od razu wyciągnął planszę z zdjęciami najważniejszych atrakcji turystycznych. Po wskazaniu przez nas palcem miejsc, do których chcieliśmy się udać (Pola Śmierci Choeung Ek i więzienie Toul Sleng) wystukał na telefonie swoją cenę. Zażyczył sobie 35 $, co skwitowaliśmy oboje śmiechem. Od razu dodam, że mówimy tutaj o dystansie 15km w jedną stronę, czyli w sumie nie więcej niż 35 km (już po dodaniu przejazdu przez miasto). Na nieszczęście dla kierowcy mieliśmy za sobą solidne przygotowanie do targowania z poprzednich krajów. Tomek pokazał na telefonie naszą kwotę (i tak wydaje mi się, że zawyżoną) – 15$. Teraz to my zostaliśmy wyśmiani przez właściciela tuk tuka. Mimo to spuścił z ceny do 20$. Wciąż było to dla nas dużo za dużo (biorąc pod uwagę ceny w sąsiednich krajach). Spokojnie dalej naciskaliśmy na nasze 15$. Doszliśmy do wniosku, że jeśli nie ten, to któryś się zgodzi na naszą ofertę. A czekało ich tam już trzech w pobliżu. Dostaliśmy kontrofertę na 17$. Nie, nie, nie. Jedziemy za 15 i ani centa więcej. W końcu stanęło na naszym. Zapakowaliśmy się do środka, a wtedy podszedł do nas mężczyzna (podejrzewaliśmy, że to jakiś ich szef) i zapytał za ile jedziemy i skąd jesteśmy. Po wyjaśnieniu, że jesteśmy z Polski (czyli nie bogaci Amerykanie, Australijczycy czy Europejczycy) pan odetchnął z ulgą i pozbył się zastrzeżeń co do ceny.

Kambodża. Phnom Penh. Pola śmierci. Szczególne drzewo

Kambodża. Phnom Penh. Pola śmierci. Szczególne drzewo

Chwilę później wyjeżdżaliśmy już za miasto. Strach nas ścisnął, mimo, że już wiedzieliśmy jak wygląda jazda w krajach azjatyckich. Zazwyczaj tłum się jakoś rozchodzi magicznym sposobem na boki. Jedziemy pod prąd. W sumie nic nowego. Później ledwo powyhamowujemy przed ciężarówką. Bliskoooo było.  Kierowca tuk tuka jeszcze gdzieś po drodze zwinął maski przeciw pyłowe. Bardzo miło z jego strony, dzięki temu mogliśmy w miarę oddychać przez całą trasę. Na Pola Śmierci przybyliśmy przed dziewiątą. Jeszcze prawie nikogo nie było. To sprawiło, że w zasadzie w ciszy i spokoju mogliśmy przejść wokół miejsca kaźni Czerwonych Khmerów. W zasadzie nie ma tam wiele do zobaczenia, jest za to wiele do wysłuchania. Z biletem wstępu dostaliśmy również audio przewodniki. Przy każdej wartej uwagi rzeczy postawiono plakietkę z numerkiem, który trzeba odsłuchać. To w połączeniu z widokiem i ciszą sprawiło na nas bardzo duże wrażenie. Historie opowiadane przez ludzi, którzy przeżyli były przerażające. Dla przypomnienia reżim Pol Pota w latach 1974 -1979 dokonał ludobójstwa na 1,7 – 2,3 mln ludzi w 7 mln Kambodży. Na początku wyeliminowano całą ówczesną inteligencję. Przy czym za taką uważano ludzi, którzy nosili na przykład okulary czy mieli niespracowane ręce. Wysiedlono całe miasta przenosząc mieszkańców na wieś do uprawy ziemi. Według usłyszanych przez nas historii były to bardziej obozy pracy. Gdy zabrakło wroga, reżim zaczął polować na wszystkich którzy go nie wspierali. Zaczęły się donosy. Tortury. I śmierć. Dla wszystkich, bez litości. W Choeung Ek stało drzewo. Szczególne drzewo z mnóstwem kolorowych bransoletek. Miejscowi wierzą, że w taki sposób pomagają ukoić duchy pomordowanych. To drzewo służyło do zabijania dzieci i niemowląt. Niewinnych. Refleksja przychodzi sama. Zaraz po niej gęsia skórka i robi się zimno.

Kambodża. Phnom Penh. Pola Śmierci. Stupa Buddyjska

Kambodża. Phnom Penh. Pola Śmierci. Stupa Buddyjska

Centralnym punktem Pól Śmierci jest buddyjska stupa. Znajduje się w niej ponad 5000 czaszek z ekshumowanych grobów. Ich ogrom przypomina i przestrzega. Usytuowane są w wielkiej szklanej gablocie i podzielone według płci, a także sposobu w jaki zostały uszkodzone. Nieopodal znajdują się masowe groby. Nie wszystkie zostały jeszcze przebadane. Bardzo często po deszczach fragmenty kości wystają na powierzchnię. Dlatego trzeba być niezwykle uważnym zwiedzając to miejsce. Byłam zatem zszokowana tym, co działo się po godzinie 10.30. O tej magicznej godzinie przybyły wycieczki zorganizowane. Z niezliczonej ilości autobusów wysiedli turyści z aparatami. Rozleźli się krzycząc, wołając, śmiejąc się. Przewodnicy próbowali na tłumem zapanować. W 15 minut opowiedzieli wszystko co chcieli. W kilku językach. Kakofonia dźwięków. I ludzie, depczący szczątki innych ludzi. Nie zdający sobie z tego sprawy, bo trzeba zdjęcie sobie zrobić. Nad grobami. Umieścić na facebooku. Zaliczone. Idziemy dalej. I tak wycieczka za wycieczką. Czym prędzej stamtąd uciekliśmy.

Kambodża. Phnom Penh. Tuol Sleng (S-21)

Kambodża. Phnom Penh. Tuol Sleng (S-21)

Następnym naszym przystankiem było Tuol Seng, zwane również więzieniem S-21. Usytuowane jest w czterech budynkach dawnego liceum. Przy wstępie można zamówić przewodnika lub wykupić broszurkę (3$). My zdecydowaliśmy się na opcję bez niczego. W większości sal znajdują się tablice informacyjne. Więzienie, w którym przetrzymywano łącznie ok 17 000 osób, przeżyło tylko 12 osób. Większość z nich została zabita na wspomnianych wcześniej Polach Śmierci. Wszyscy zostali wcześniej poddani niewyobrażalnym torturom, których słowa, słowa nie opiszą. Trzeba zobaczyć na własne oczy zdjęcia ofiar, ich zeznania, cele oraz narzędzia ich oprawców. Niektóre rzeczy mi wciąż nie mieszczą się w głowie. Jak jeden człowiek może wyrządzić taką krzywdę drugiemu. To nie był jakiś zewnętrzny wróg, to był krajan, sąsiad, wujek, przyjaciel. To był człowiek obok nas. Co gorsza Ci ludzie wciąż nie są osądzeni. Większość z nich ma się dobrze. Żyją pomiędzy innymi. Prowadzą biznesy, są senatorami, zasiadają w rzędzie. Czasem nie zmienia się nic. Lider Czerwonych Khmerów miał się dobrze do 1998 roku. Nigdy nie został osądzony za zbrodnie, które popełnił.

Jedno z większych dla mnie zaskoczeń był fakt, że wymordowanie paru milionów Kambodżan nie jest uznawane prawnie za ludobójstwo. Zarzuty ludobójstwa można postawić w przypadku eksterminacji grup ludności w oparciu o inną narodowość, rasę, grupę etniczną lub religijną. Powody polityczne się do tego nie zaliczają. W związku z tym oskarżenia byłych liderów Czerwonych Khmerów opierają się tylko na grupie pomordowanych obcokrajowców! Z tym, że Trybunał też się nie spieszy. Gdzieś doczytałam, że niektórzy z sędziów mogli brać udział w zbrodniach. Z drugiej strony nie zdziwiłabym się gdyby co drugi Kambodżanin był zamieszany w to i owo. W szczególności, że reżim rekrutował głównie wśród dzieci i młodzieży. Dlatego coś tam jest w tej Kambodży. Coś co nie pozwala spokojnie spać w nocy. Nie wiesz czy następnego dnia ludzie nie porwą za broń bez powodu. A patrzą i obserwują. Obserwują bogatych turystów, którym wszystko wolno, którzy wydają bajońskie sumy na rzeczy z ich punktu widzenia niepotrzebne. Dziwnie było w Phnom Penh. Złowrogo.  Ale to pewnie tylko nasze odczucie.

W drodze powrotnej do hotelu próbowaliśmy kierowcy wytłumaczyć, żeby nas wysadzić pod pomnikiem w centrum miasta. Szło opornie i zupełnie nas nie zrozumiał 😉 Znaleźliśmy się z powrotem pod hotelem skąd stwierdziliśmy, że już piechotą przejdziemy się pod pomnik, a później pod pałac. Oczywiście po drodze z częstotliwością raz na minutę byliśmy zaczepiani przez tuk tuki. Bo turysta chodzić nie może. Ma jeździć i wspierać lokalny biznes. Udało się przedrzeć pod pomnik. Porobiliśmy zdjęcia i w drodze powrotnej zdecydowaliśmy się zahaczyć o Pałac Królewski. Nie ma jednak tak łatwo. Już na kilometr przed byliśmy informowani przez każdy tuk tuk, że jest zamknięte. Przy okazji oferowano nam inne atrakcje. Biznes nie znosi pustki. Nie daliśmy się przekonać. Poszliśmy sprawdzić sami. Rzeczywiście było zamknięte ;D Na szczęście za godzinę otwierano ponownie. Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak w tym czasie pójdziemy na kawę. Zupełnie niedaleko znajdowała się Costa, a mieliśmy nadzieję na chwilkę w klimatyzowanym pomieszczeniu. Cena kawy zwaliła nas z nóg. Posłusznie jednak zapłaciliśmy 10$ spędzając całą godzinę na surfowaniu w darmowym internecie i nadrabianiu zaległości.

Kambodża. Phnom Penh. Pałac Królewski

Kambodża. Phnom Penh. Pałac Królewski

Siedem minut po godzinie otwarcia zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie już czekało nas stanie w kolejce. W końcu doszliśmy do kasy i po raz pierwszy podane ceny nie były w dolarach, co zaskoczyło nas pozytywnie. Zaraz po wejściu na teren pałacu widzimy prace rekonstrukcyjne. Całe skrzydło jest zasłonięte rusztowaniami i zielonymi płachtami. Z drugiej strony dobiega głos po polsku: “Panie Kaziu,..a tutaj to jak to mam zrobić?”. Jesteśmy wszędzie. Główną atrakcją Pałacu Królewskiego jest Srebrna Pagoda i znajdująca się w niej figurka szmaragdowego Buddy. Generalnie cały kompleks jest dosyć obszerny. Dostaliśmy też mapkę, ale jakoś dziwnie była podpisana. Po pół godzinie chodzenia i szukania pagody daliśmy za wygraną i stwierdziliśmy, że czas zapytać kogoś. I tu Natalka popełniła największe faux pas w Kambodży. Weszła do pierwszej z brzegu świątyni, podeszła do strażnika i… (całe szczęście, że już przyzwyczailiśmy się do jak najprostszego formułowania pytań po angielsku) zapytała: Silver Pagoda? Na co strażnik mocno zdziwiony pokazuje na płytki pod dywanem i mówi: Silver Pagoda. No tak, jesteśmy w dobrym miejscu – tylko wszystko przykryte dywanem i nie widać. Całe szczęście, że nie zapytaliśmy ‘Gdzie jest Srebrna Pagoda?’ 😉

Kambodża. Phnom Penh. Market

Kambodża. Phnom Penh. Market

Ostatnim punktem dnia miała być Wat Phnom, świątynia buddyjska położona na drugim końcu miasta. Bardzo chcieliśmy się do niej przejść, gdyż droga biegła bulwarem nad rzeką. Przez pierwszy kilometr było to prawie niemożliwe z powodu zaczepiających nas tuk tuków. Gdy wyszliśmy ze strefy turystycznej zrobiło się nieco lepiej. Sama świątynia urzekła nas swoją prostotą i brakiem komercji. Raczej rzadko odwiedzana przez turystów koło godziny 17tej. Powrót kontynuowaliśmy piechotą, tym razem ulicą równoległą do bulwaru i oddaloną od niego o ok. 150 metrów. Totalnie inny świat. Tam już nie ma cen w dolarach. Ludzie jedzą na ulicy. Jest bieda. Jest ubóstwo. Jest prawdziwa nieturystyczna Kambodża. Przy drodze stoją stragany z jedzeniem dla lokalnych. Robaki, węże, pająki, karaluchy – nie jak w Tajlandii dla turystów. Oj nie. Normalna codzienna żywność. Przy okazji znaleźliśmy w końcu lokalną restaurację na wieczór.

Kolacja

Kolacja

Lokalna knajpka od turystycznej różni się przede wszystkim cenami i jakością wykonania. Ta nasza w końcu akceptowała tylko kambodżańskie riele. Zamówiliśmy wieprzowinę z ryżem. Nie wiem co dostaliśmy. Wyglądało to jak kurczak, aczkolwiek smakiem go za bardzo nie przypominało. W ogóle mięsa było dosyć mało i było koloru białego. Postanowiliśmy nie zagłębiać się za bardzo w temat. Czasami lepiej nie wiedzieć co się je. Grunt, że następnego dnia nic nam nie było. W szczególności, że płynęliśmy szybką łódką do Siem Reap, o czym w kolejnym poście.

Na koniec zagadka, co to jest?

To również można zjeść.

To również można zjeść.

Zobacz galerię zdjęć z Kambodży na smieszynkaphoto.com