Podróż dookoła świata

Tymczasem w najspokojniejszej stolicy świata…

Laos. Vientiane. Stupy buddyjskie
Laos. Vientiane. Stupy buddyjskie
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

6.01
Kręgosłup strzela, nogi zdrętwiałe o to właśnie pobudka w tajskim pociągu. Mimo jazdy pierwszą klasą twardość łóżek można porównać równie dobrze do spania na ziemi. Tak, ja wiem, że czasem przesadzam, ale tym razem plecy bolały mnie kolejne 3 dni. Obudziliśmy się o 6tej po to tylko żeby sprawdzić dlaczego jeszcze nie dojechaliśmy. Szybkie sprawdzenie GPSa i już wiadomo, jeszcze z co najmniej godzina jazdy. Przestawiliśmy budzik i zasnęliśmy jeszcze na godzinę. O 7mej już przebudzeni sprawdzamy nasz wagon, a tu nikogo nie ma. Oprócz nas jest jeszcze jedna osoba. Gdzie Ci wszyscy ludzie wysiedli i kiedy? Po raz kolejny upewniamy się na GPSie czy dobrze jedziemy. Telefon twierdzi, że do Nong Khai dojedziemy za 20 min. Chyba nie ma się co stresować.

Troszeczkę spóźnieni dojechaliśmy. Wysiadamy i odkrywamy, że razem z nami jest jeszcze ok. 30 obcokrajowców. Ufff. Wszyscy czym prędzej biegną do okienek na stacji i ustawiają się w kolejce. Ustawiliśmy się i my. To znaczy Tomek stanął, a ja pobiegłam do informacji zapytać się za czym Ci ludzie stoją 😀  Pani szybko wytłumaczyła, że właśnie tam kupuje się bilet do stacji w Laosie i bus do Vientiane. Czyli jesteśmy w dobrej kolejce. W ciągu 5 minut zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami 2 biletów na pociąg do Thanaleng (40 baht = 4,5 PLN)  oraz dwóch biletów na busa z Thanaleng do Vientiane (600 baht = 67 PLN).  Ten ostatni był przepłacony co najmniej ze 3 razy, ale nie było większego wyboru. Następnie stanęliśmy w kolejce do odprawy na przejściu granicznym, które składało się z małej budki i paru barierek. Dodatkowo w pobliżu kręcił się celnik z iphonem i robił wszystkim zdjęcia.  Gdy wszyscy turyści kupili bilety i załatwili wszelkie formalności podjechał pociąg. Całkowity czas jazdy wyniósł góra 10 minut. Już w Laosie znowu wysiedliśmy na stacji i ustawiliśmy się w kolejnej kolejce… Tym razem po wizy. Dodam, iż jest to jedyny pociąg, który przyjeżdża na tą stację (po stronie laotańskiej nie ma więcej torów). Po paru chwilach dotarł właściwy urzędnik, otworzył okienko i rozdał aplikacje do wypełnienia. 70 dolarów później mogliśmy bez trudu przebywać na terenie państwa do 30 dni.

Laos. Vientiane. Obiad za 250 000

Gdy zebrało się 10 osób, zapakowano nas do busa i pojechaliśmy w stronę Vientiane. Po 20 kilometrach wysadzono nas gdzieś w mieście. Próbowaliśmy się dowiedzieć gdzie jest nasz hotel, ale jakoś się nie zrozumieliśmy z busiarzem. Tak sobie chodziliśmy po uliczkach w nadziei, że uda nam się znaleźć samemu. Stolica nie wydawała nam się na tyle rozległa, żeby nie można było jej pieszo przejść. Pół godziny później zrezygnowani podchodzimy do pana w tuk-tuku i pytamy o nasz hotel z nadzieją, że nas tam zawiezie. Pan za to popatrzył na nas i powiedział: 200 metrów prosto. I to był koniec rozmowy. Żadnego “a może tuk-tuk, sir?”, żadnego “ja was podwiozę”. Nic. Sami sobie idźcie. I paradoksalnie za to pokochaliśmy Laos. Za kompletny brak narzucania się turystom, za nie traktowanie nas jak chodzące worki z pieniędzmi – coś o co strasznie trudno w Azji.  Podreptaliśmy więc do naszego hotelu, w którym musieliśmy dodatkowo wyrobić kartę lojalnościową, żebyśmy mogli się zameldować wcześniej. Po szybkim prysznicu przyszła pora na spróbowanie laotańskiej kuchni. Nie mogliśmy znaleźć nic lokalnego w  samo południe, więc zdecydowaliśmy się na bardziej turystyczną knajpkę.  Jedzenie było przepyszne, w szczególności słodki ryż w bambusie, którego nie potrafiliśmy na początku otworzyć. Generalnie tak nam tam smakowało, że trochę poszaleliśmy i wydaliśmy ćwierć miliona… kipów (ok. 110 zł).

Po obiedzie postanowiliśmy się ruszyć i zwiedzić to, co Vientiane ma do zaoferowania. Uprzedzę fakty, jest tego niewiele. Pałac Królewski można oglądać tylko zza ogrodzenia. Udało się natomiast wejść do dwóch świątyń buddyjskich (10 000 kipów za os. = 4,5 PLN). Podobały nam się bardziej niż tajskie głównie z powodu braku złotych zdobień. Były bardziej dostojne, ciche i zbudowane z drewna. Turystów również mniej. To chyba taki urok tej najmniej śpieszącej się stolicy świata. Tu życie płynie swoim tempem, a inaczej mówiąc po prostu baaardzo wolno. Ostatnim przystankiem na naszej przechadzce była That Dam (Czarna Stupa). Idąc w jej kierunku musieliśmy przejść przez bardzo ruchliwe skrzyżowanie na 3-pasmówce. Staliśmy nie pewnie na tym chodniku, patrzyliśy w prawo i w lewo i znowu w prawo. Nagle przed nami przechodzi człowiek i macha na nas, żebyśmy szli za nim. Co mieliśmy zrobić, posłuchaliśmy – w końcu miejscowy, wie co i jak. Mile zaskoczeni tym faktem kontynuowaliśmy nasz spacer do Czarnej Stupy.  Zrobiliśmy parę zdjęć i zaczęliśmy szukać salonu masażu, bo Natalkę plecy bolały już niesamowicie.

Tłumów nie było, więc zostaliśmy przyjęci od razu. Tak jak w Tajlandii, tu również zaczęło się od mycia stóp i przebrania w takie śmieszne ubranka. Było nieco lepiej niż na poprzednim masażu, ale chyba wciąż nie jestem przekonana do faktu, że moje ciało ma się wyginać pod takimi akurat kątami. Plecy bolały dalej. Wróciliśmy z powrotem do hotelu i dosłownie padliśmy ze zmęczenia.

Jutro czeka nas lot o 6 rano…

Zobacz galerię zdjęć z Laosu na smieszynkaphoto.com

Zobacz galerię zdjęć z Tajlandii na smieszynkaphoto.com