Podróż dookoła świata

Witaj przygodo czyli trekking przez laotańską dżunglę

Laos. Dżungla
Laos. Dżungla
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

8.01

Dzisiaj nadszedł długo oczekiwany dzień przygody! W końcu coś innego niż świątynie, miasta i lotniska. Dziś pierwsze starcie z naturą. Czekaliśmy na to jak dziecko na bożonarodzeniowy prezent. A zaczęło się tak…

Oczywiście wycieczka do dżungli nie była zorganizowana tylko dla nas. Rano podjechał pod nasz hotel dziewięcioosobowy tuk tuk przerobiony z pick-upa. Załadowaliśmy się na pakę i zaczęliśmy jeździć po Lunag Prabang zbierając resztę ekipy.  Pół godziny później do wyprawy dołączyli: dwaj Francuzi, którzy nie chcieli mówić po angielsku, a w ogóle to po 5h zorientowali się, że są na złej wycieczce; oraz dwaj Australijczycy, z czego jeden wyglądał jakby go przed chwilą wyciągnęli sprzed hotelowego basenu. Jesteśmy i my, oraz pan przewodnik – w japonkach i dżinsach. Hmmm… Dało nam to trochę do myślenia. Jeszcze na krótko zatrzymaliśmy się przy budce z jedzeniem. W pakiecie mieliśmy zagwarantowany lunch – no to właśnie się robił. Po zapakowaniu 7 kanapek do jednorazówki, ruszyliśmy. Po 15 minutach skończył się asfalt i zaczęła dosyć nużąca droga szutrowa. Stan drogi nie był najgorszy, aczkolwiek jadąc na pace trochę rzuca na boki, w szczególności gdy Twoja waga oscyluje w granicach 48 kg. Kierowca najprawdopodobniej jeździł tą trasą codziennie przez ostatnie parę lat, gdyż wiedział w których miejscach są najmniejsze nawet dziury i wtedy zwalniał. Poza dziurami jechał najszybciej jak potrafił. Czas to pieniądz w końcu.

Laos. Życie codzienne

Po 40 minutach szczęśliwie dojechaliśmy do pierwszej wioski, z której rozpoczynaliśmy trekking. Bieda, że aż piszczy. Ale wszyscy szczęśliwi. Dzieciaki biegają, krzyczą, bawią się i cieszą się na nasz widok wołając ‘Sabaidee’, co oznacza dzień dobry. A zabawy jest co niemiara. Można urządzić wyścig opon, pogrzebać patykiem w ognisku, pobawić się w piasku, pobiegać za turystami, pomachać, pozować do zdjęć, powspinać na drzewo – jednym słowem tyle możliwości. Przez chwilę pozazdrościliśmy im tak szczęśliwego dzieciństwa. Wioska ludu Khmu, którą ‘zwiedzaliśmy’ nie różni się wiele od polskiej wsi 50 lat temu. Nie ma bieżącej wody, nie ma toalet jako takich, a buduje się z materiałów dostępnych pod ręką. Wszyscy utrzymują się z rolnictwa bądź z wycinki lasu. Dodatkowo przez wioskę codziennie przechodzą tłumy turystów z aparatami, dla których jest to wielka atrakcja. Jest to poniekąd straszne, a z drugiej strony lokalni nie zwracają już na to uwagi. Mycie naczyń. Pstryk migawki. Budowa domu. Pstryk. Haftowanie chusty. Pstryk. Dziecko idzie do szkoły. Pstryk. Pani odpoczywa pod sklepem. Pstryk. Matki siedzące przed studnią na plotkach. Pstryk. Starszy człowiek siedzący przed swoim domem spoglądający na Ciebie. Pstryk. 15 minut pstrykania później wszyscy są gotowi na następną atrakcję – szkołę. Zbudowana za międzynarodowe pomoce, mieści dzieciaki od najmłodszych do najstarszych. My obserwujemy je w trakcie zabaw na przerwie. Kolejne ujęcia i przechodzimy dalej do następnej wioski. Jest to ostatnia osada przed dżunglą i można w niej kupić lokalne wyroby.

Laos. Bawiące się dzieci

Dżungla. Laotańska dżungla. Brzmi dumnie. Brzmi niebezpiecznie. Brzmi jak przygoda. Po 15 minutach marszu wszystkie nasze wyobrażenia o wielkich drzewach, lianach, maczetach i dzikich zwierzętach zostały bezpowrotnie rozwiane.  Dżungla dla turystów różni się znacząco od normalnej, dla lokalnych. Główne różnice polegają na tym, że ścieżka wygląda jak autostrada, po której nawet matki z wózkami dadzą radę przejechać. Całkowita trudność pokonania trasy została zniwelowana do poziomu 70letnich niemieckich emerytów. Zwierząt jako takich tam nie ma. Nawet węże się nie pokazują. Boją się, że zostaną zjedzone przez ludzi. Tylko koty i skorpiony są bezpieczne. Ich się nie je, a te ostatnie wkłada się tylko do butelki z alkoholem. Słyszeliśmy, że pomaga to na rany. Psy natomiast hodowane są wyłącznie na konsumpcję. Podobno smakują jak wieprzowina. W ogóle jako, że trasa nie obfitowała w niebezpieczeństwa, wdaliśmy się w dyskusję z naszym przewodnikiem. Bardzo się chciałam dowiedzieć jak można zostać mnichem w Laosie. Niestety nie najlepszy angielski mojego rozmówcy uniemożliwił mi zrozumienie jego odpowiedzi. O ile w ogóle odpowiadał na moje pytanie. Nie mam co do tego pewności. Udało mi się natomiast zrozumieć jak to jest z nauką angielskiego. Generalnie są dwie możliwości – albo ludzie uczą się sami z książek, albo (Ci bogatsi) chodzą na lekcje za 60$ miesięcznie do szkoły językowej. Najlepiej później dostać rządową posadę i są ustawieni do końca życia. Ale jeśli chcą ją mieć muszą zapłacić 10 milionów kipów (ok. 4500 PLN) i przepracować za darmo 2 lata. Nie ma lekko.

Po 4 godzinach żółwiowego tempa doszliśmy do wodospadów Kuang Si. W tym momencie dwójka Francuzów zorientowała się, że są na złej wycieczce 😉 Lepiej późno niż później, jak to mówią. Dostaliśmy dwie godziny na porobienie zdjęć i kąpiel. Co do tej ostatniej mieliśmy mieszane odczucia. Aż tak ciepło nie było i zanosiło się na deszcz. Za to amatorów pływania było wielu. Powiedziałabym, że o jakiś tysiąc za dużo. Toteż pełno ich na zdjęciach. My po dokładnym obejściu wszystkich wodospadzików załapaliśmy się na kawę. Generalnie Kuang Si czy Kuang Xi robią niezwykłe wrażenie. Słowa nie opiszą, więc rusz się z kanapy! Koło 16tej ruszyliśmy w drogę powrotną z zawrotną szybkością – tak, tak jechaliśmy po asfalcie! Godzinę później wylądowaliśmy w hotelu na szybkie przegrupowanie. Po czym złapaliśmy tuk tuka na drugi koniec miasta do ostatniej świątyni z naszej listy. Zostaliśmy zawiezieni dosłownie pod same drzwi. Trafiliśmy dokładnie na czas modlitwy. Nie chcąc przeszkadzać, uciekliśmy po 5 minutach. Już piechotą doszliśmy do centrum, gdzie główna ulica zmieniła się w jeden wielki stragan. Godzinę później zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami abażuru (na lampę, której jeszcze nie mamy), damskiej torebki (która okazała się najbardziej pakowną torebką na świecie, o czym w poście o Los Angeles) oraz obrazu z laotańskimi mnichami (który sprzedała nam 10 letnia dziewczynka).

Po tych wszystkich zakupach zgłodnieliśmy. Wczoraj wyczailiśmy ciekawą knajpkę nad brzegiem Mekongu, toteż postanowiliśmy dzisiaj spróbować.  Jej inność polegała na tym, że posiłek trzeba było sobie ugotować/usmażyć samemu. Na szwedzkim stole leżało surowe mięso i warzywa, a także inne dziwne rzeczy. Należało sobie coś wybrać, po czym przyjść do swojego stolika. W stoliku był wbudowany rodzaj piecyka/grilla/ogniska, na którym leżał patelnio-garnek. Na czubku (?!) patelni smażył się tłuszcz, a na dnie wlana była woda (z Mekongu oczywiście). Widząc ją stwierdziliśmy, że za nic w świecie nie chcielibyśmy zamoczyć nawet najmniejszego paluszka u stopy w tej rzece. Przeznaczenie właśnie się wtedy zaśmiało. O naszej kąpieli przeczytacie w następnym wpisie. Wracając do obiadu, nie bardzo nam wyszedł, ale przeżycie było ciekawe. Poniżej zamieszczam filmik, jak to tak naprawdę wyglądało.

Zobacz galerię zdjęć z Laosu na smieszynkaphoto.com