Podróż dookoła świata

Zabawy ze słoniem czyli kąpiel w Mekongu zaliczona!

Laos. Mekong
Laos. Mekong
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

9.01

Dziś mieliśmy ambitny plan wstania przed świtem słońca, żeby móc zobaczyć, zachwalaną przez wszystkich i wszystko, procesję mnichów. Wprawdzie budzik zadzwonił i szybko się przebudziliśmy, ale szum deszczu za oknem bardzo nas zniechęcił do wstawania. Niestety olaliśmy sprawę. Zebraliśmy się dopiero o 8mej, spakowaliśmy się i zostawiliśmy plecaki na recepcji. Jako, że pogoda w dalszym ciągu nie była za ciekawa, oboje ubraliśmy się w goretex od stóp do głowy. I całe szczęście, jak się później okazało.  O 9tej podjechał po nas busik i ruszyliśmy w stronę wioski słoni, a razem z nami jeszcze 12 osób. Mówiąc szczerze nie do końca przeczytaliśmy ofertę. Tak rzuciliśmy tylko okiem, słonie? słonie, ok.  W związku z tym czekała na nas niespodzianka, ale o tym za chwilę. W ogóle przy okazji pisania tego postu, dowiedziałam się pewnej strasznej rzeczy. Szukałam jak się nazywa ławeczka, którą słoń ma przytroczoną na grzbiecie, a trafiłam na bardzo smutny artykuł na temat tresury słoni pt.”Złamane dusze“. Po przeczytaniu go zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze będę chciała powtórzyć tą beztroską i bezrefleksyjną turystyczną atrakcję.

Wracając z powrotem do Luang Prabang, po pół godzinie dojechaliśmy na miejsce. Zaczęło się bardzo niewinnie od karmienia słonicy bananami. Później wgramoliliśmy się na jej grzbiet, na którym znajdowała się drewniana ławeczka. Przyznam troszeczkę się bałam. Tak dziwnie kiwało i było… wysoko! Zrobiliśmy jedną rundkę wokół wioski i w stronę rzeki, maksymalnie pół godziny. Potem okazało się, że wykupiliśmy jakiś pakiet ekstra i przysługuje nam jeszcze jazda na słoniu samemu. Wtedy już bardzo się bałam. W końcu to twój pierwszy raz i nie wiesz jak zwierze będzie reagowało. Cały czas kurczowo się trzymałam, żeby nie spać z karku. Mój słoń był dosyć łagodny i szedł potulnie za mahoutem. Oprócz jednego razu, kiedy zechciał sobie gwałtownie skręcić, a moje serce chciało wyskoczyć z piersi. Dotarliśmy z powrotem do wioski. Rozemocjonowani jak cholera. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby odpocząć. A tu… Przewodnik mówi, żeby się rozbierać. Co? Zgłupiałam. Patrzę na ludzi obok. Wszyscy w strojach kąpielowych. Pogoda taka, że w zasadzie pada i jest zimno. Oni wyrozbierani. Co jest? Przewodnik odpowiada. Idziecie kąpać słonie. Ale, ale, ale jak?! No jak to jak? Na ich grzbiecie wejdziecie do rzeki i się zanurzycie. Co?!?!?!

Laos. Słoń

To właśnie była ta część oferty, której nie doczytaliśmy. Nie bardzo też do nas dotarło co będziemy robić, bo zdążyliśmy tylko ściągnać spodnie goretexowe i kurtkę. A i w ostatnim momencie buty. Sekundę później oboje siedzieliśmy na słoniu i zmierzaliśmy w stronę rzeki. Rzeki, w której, jak stwierdziliśmy wczoraj, nie chcielibyśmy zanurzyć nawet najmniejszego palca u stopy. Parę chwil później uświadomiłam sobie, że oboje mamy na sobie pasek na pieniądze i paszporty. Tomkowi udało się go przesunąć na klatkę piersiową. Ja siedziałam na samym przodzie słonia i nie miałam możliwości ruszenia ręką. Pozostała nadzieja, że słoń nie zanurzy się aż tak głęboko. Weszliśmy do rzeki razem z 4 innymi zwierzętami. Tylko my byliśmy kompletnie nie przygotowani do zamoczenia się w wodzie. I właśnie dlatego zadziałało tu prawo Murphy’ego. Tylko nasz przemiły słonik poczuł nagle zew zabawy i… zanurkował. Ja znalazłam się w wodzie po pachy, krzycząc współmiernie do czystości otaczającej mnie wody. Ale raz tylko? O nie, przebiegłe zwierze powtórzyło to jeszcze z 5 razy. Żaden z jego współtowarzyszy nie poszedł w jego ślady. Żaden! Wszyscy Ci przebrani w stroje kąpielowe ludzie zazdrościli nam tej wątpliwej przyjemności kąpania się w Mekongu. A ja myślałam, ciekawe jak tam mój paszport? Kiedy myśleliśmy, że to już koniec, nasz wesolutki wyciągnął trąbę i jeszcze oblał mnie po włosach. Trzy razy. Kompletnie przemoczeni wróciliśmy na brzeg. Mieliśmy do przebrania tylko kurtkę przeciwdeszczową i spodnie.  Wyciągnęłam pieniądze i paszport. Hmmm… A za parę godzin mamy lot do Hanoi. Powsadzaliśmy kawałki papieru toaletowego pomiędzy kartki. Z pieniędzmi daliśmy sobie spokój. Wysuszymy później.

O 14tej wróciliśmy do hotelu. Przebraliśmy się i zaczęliśmy szacować straty. Jedna rozlana wiza amerykańska. Będzie problem? Mamy nadzieję, że nie. Wymieniliśmy papier toaletowy w paszporcie na nowy. Zamówiliśmy tuk tuka na lotnisko. Przyjechał punktualnie o trzeciej. Udało nam się bez problemu przejść odprawę z lekko mokrym paszportem. Wsiedliśmy do samolotu śmigłowego. I zaczął się dramat. Trzęsło. Trzęsło samolotem. Trzęsło Natalką. Trzęsło błędnikiem, sercem i żołądkiem. Tomek na szczęście był obok. Wylądowaliśmy. Odetchnęłam z ulgą.

Hanoi. Ulice

Bardzo się ucieszyłam, gdy w końcu wysiedliśmy w Hanoi, które powitało nas deszczem i niską (jak dla nas) temperaturą. Było tylko 13 stopni! I ciemno. Nie zawracaliśmy sobie głowy autobusem. Sprawdziliśmy taksówki. Jakaś podjechała. Ugadaliśmy się z kierowcą, że zabierze nas do hotelu za 35 000 dongów (6 PLN). Wydawało mi się to zbyt niską ceną jak na odległość do pokonania, ale przecież nie będę się kłócić. Najpierw najbardziej-pustą-autostradą. Zastanawialiśmy się, czy nasz kierowca w ogóle umie się na niej poruszać. Dlaczego? Otóż były 3 pasy. Na żadnym nie było ruchu. A my jechaliśmy pomiędzy drugim a trzecim (?!). Sporadycznie wyprzedzaliśmy coś prawą stroną (?!).  Jechaliśmy 60 km/h (?!).  W momencie kiedy dojechaliśmy do większego zagęszczenia ruchu, większość aut znajdowała się pomiędzy pasami (?!).  Jeszcze wtedy nie rozumieliśmy tego. Zrozumienie przyszło w drodze powrotnej na lotnisko, o czym w innym poście. W końcu zjechaliśmy z autostrady w najmniejsze i najbardziej ruchliwe uliczki jakie kiedykolwiek widzieliśmy (dzisiaj myślę, że widzieliśmy jeszcze mało). Kluczyliśmy w najlepsze, po czym taksówkarz stwierdził, że on nie może wjechać w ulicę na której jest nasz hotel. Niby zamknięta dla ruchu. Fakt faktem, widzieliśmy jakieś barykady. No trudno. Przyszło do płacenia i okazało się, że kierowca pomylił zera. Chodziło mu o 350 tysięcy, a nie 35 tysięcy. W zasadzie brzmiało to dla nas rozsądnie za ponad godzinną jazdę, więc nawet się nie kłóciliśmy.

Wzięliśmy bagaże i podążyliśmy w kierunku hotelu, który miał być na wspomnianej zamkniętej drodze. Otóż nie był. Włączyliśmy GPS i przeszliśmy się troszeczkę większy kawałek. Dobrze, że włączyliśmy, bo inaczej nigdy byśmy go nie znaleźli. Rzuciliśmy plecaki do hotelu i wyszliśmy coś zjeść. W zasadzie to przeszliśmy może 200 metrów, gdy znaleźliśmy kompletnie zatłoczoną knajpkę. Jedzenie było wyśmienite. Przy okazji sprawdziliśmy prognozę na następne parę dni – pada! Nie była to dla nas dobra wiadomość, gdyż mieliśmy zarezerwowaną w hotelu wycieczkę po zatoce Halong z noclegiem na statku. W tej sytuacji stwierdziliśmy, że nie ma sensu tam jechać, bo nawet nic nie zobaczymy. Na recepcji chcieliśmy odwołać naszą rezerwację, kiedy to okazało się, że rezerwacji nie mamy! Jako, że co tylko się dało, planowaliśmy z dużym wyprzedzeniem, Tomek napisał kilka miesięcy wcześniej email z rezerwacją. Email został odebrany przez pracownika, który w czasie naszego przyjazdu już nie pracował w hotelu. Oczywiście nie przekazał nikomu, że chcieliśmy jakąkolwiek wycieczkę. Nawet gdyby była ładna pogoda, to i tak nie moglibyśmy pojechać. Całe szczęście, że lało!

W poczuciu posiadania leniwego następnego dnia, padliśmy ze zmęczenia nie nastawiając budzika…

Zobacz galerię zdjęć z Laosu na smieszynkaphoto.com