Chiny Tybet Nepal Bhutan Indie

Zhangmu – Kathmandu

Kathmandu, kable
Kathmandu, kable
Śmieszynka
Napisane przez Śmieszynka

Żegnamy Tybet witamy Nepal.

Ostatni dzień w Tybecie zaczął się deszczowo. Bardzo deszczowo. W zasadzie już w samym Zhangmu klimat przypomina bardziej Nepal. W strugach deszczu zapakowaliśmy się do jeepa. Kierowca zapuścił swoją standardową modlitwę… Jedziemy do granicy z Nepalem. Droga mało ciekawa, 800 m w dół, zakręty, wodospady na drodze, deszcz, poobrywane barierki. Toteż modlitwa dzisiaj została puszczona 3 razy. Dzięki Bogu. Dojechaliśmy szczęśliwie.

Na granicy oczywiście sprawdzanie czy nie wywozimy uranu, albo innych wywrotowych książek. Przechodzimy Mostem Przyjaźni i jesteśmy w zupełnie innym świecie. Na początku załatwianie wizy, potem droga do autobusu. Droga…. To dużo powiedziane. Zauważalny przede wszystkim brak asfaltu, dziury, nierówności oraz przejeżdżające tym czymś ciężarówki marki Tata. Autobus, no trzeba przyznać nie był najgorszy. Przynajmniej ja się spodziewałam ze może być gorzej.

Wsiedliśmy do autobusu, plecaki poszły na dach, przykryte brezentem i obwiązane sznurkami wątpliwej jakości. Droga śmierci – czas start. Teraz wyjaśniam dlaczego taka nazwa. Otóż, droga wąska, jak już wspominałam bez asfaltu i z dziurami, po jednej stronie przepaść, zero słupków czy czegoś innego. Autobus na wybojach wykazuje przechyły rzędu 45 stopni. Jak dokładnie wyglądała droga, nie mam pojęcia. Całość 40km trasy spędziłam kurczowo trzymając się fotela z przodu, z głowa w ramionach i z zamkniętymi oczami. Od czasu do czasu dochodziły mnie odgłosy z tylu ‘o ja pierd***’, ‘on jedzie na milimetry’ bądź jakieś niewielkie westchnienia i krzyki. Nawet nie chciałam wnikać dlaczego. Co ciekawe, jest to po pierwsze droga międzynarodowa tranzytowa, po drugie wbrew pozorom duży na niej ruch, po trzecie kierowcy tirów albo coś piją przed, albo mają stalowe nerwy. W każdym bądź razie to przed ostatnie bardzo by mi się przydało. Kolejna ciekawostka jest brak lusterek w autobusach. Za takie lusterko służy mały chłopiec, bądź dorosły facet ale bardzo mały, który wychodzi na dach, i w niego klepie (w określony sposób) dając tym samym znaki kierowcy ile ma jeszcze miejsca. Potrzeba matką wynalazków.

Po przejechaniu najtrudniejszej części trasy zatrzymaliśmy się na lunch w przybytku wątpliwej jakości. Coś co zjedliśmy wypaliło nam przełyk i żołądek. Co może i wypaliło większość bakterii. Tubylcy jedzą rekami, ja próbuję zjeść widelcem. Po połowie rezygnuje, za ostre. Zalewam gardło colą, może kwas wyżre resztę. Udaje się na zwiedzanie toalety. Lekko kukam do środka, w głowie bije się z myślami, czy naprawdę muszę. Niestety przede mną jeszcze 80 km w tempie nie większym niż 20km/h. Wychodząc z tego miejsca na wyrost nazwanym toaletą robi mi się niedobrze.

Dalsza cześć drogi spędziłam już normalnie, widok chociaż kawałka drogi obok kół autobusu działał kojąco. Generalnie droga cały czas górska, bez asfaltu… A da się wyprzedzać! Najlepiej na zakręcie i pod górę 🙂 Kawałek jezdni zwany asfaltem zaczął się dopiero jakieś 30km przed Kathamandu. I właśnie wtedy złapaliśmy gumę. No przecież asfalt taki niewygodny. Szybka zmiana koła i wjeżdżamy do stolicy. Widzimy chyba coś na kształt autostrady, dwa pasy w jednym kierunku. Nasz hotel znajduję się w najstarszej części miasta, tam autobus nie wjedzie. Wysiadamy 5 min na piechotę wcześniej i kierujemy się w wyznaczonym kierunku. Ludzi, jak mrówków.

Po szybkim zostawieniu bagażu, udajemy się w miasto. Toż to sklepy górskie jak grzyby po deszczu wyrastają. A ja akurat sprzęt chciałam kupić. Po dwóch godzinach nieowocnego przymierzania wszelkiej maści podróbek zrezygnowane wracamy. Prawda jest taka wszelakich North Face’ow, Mamutow, Marmotow, Salewy jest od cholery. Jednakże podróbki na prawdę są jakościowo bardzo złe, a po drugie totalnie niewymiarowe. W normalnych sklepach ceny takie same jak w Europie.

Kolejna atrakcja wieczoru – kolacja po nepalsku. Jedzona palcami, zakrapiana jakimś mocnym alkoholem. Co dokładnie: ryż, jakaś soso-zupa (smak niezidentyfikowany), kurczak w niezłym sosie, coś co wyglądało jak szpinak, sałatka z ziemniaków, marchewki i innych warzyw, ostry sos, i boczek. Całość należało wymieszać i zjeść jak już wspominałam palcami. Generalnie było niezłe. Aczkolwiek mój żołądek jest mało tolerancyjny dla owej kuchni. Albo w poprzedniej ‘jadłodajni’ mi coś zaszkodziło. W każdym bądź razie ból żołądka przez noc i następny dzień nie zrekompensował smaku owej potrawy.

Mapa

Zobacz galerię zdjęć z Tybetu na smieszynkaphoto.comZobacz galerię zdjęć z Nepalu na smieszynkaphoto.com